niedziela, 3 lipca 2011

DZIWNYCH ZDARZEŃ PRIMULI W PODRÓŹY SPIS CZ.1



Przygoda 1

.....wstałam i to uważam za sukces, albowiem 6:30 to nieludzka pora na wstawanie, zwłaszcza ze o 1 zaległam w pielesze..... ledwie ócz mych głębię rozwarłam i nabrałam ochoty na kawę, kiedy poczułam jak umysł krzyczy „idź precz budziku, ja spię”..... nie dałam się, bo oto przecudny dzień nadszedł jakoby nadejszła wiekopomna chwila, i oto dziś jadę na krótki acz bogaty w doznania urlop od rdziny adamsów (celowo pisanych małą literą... ;)
Sprawdziwszy stan zawartościowo - walizkowy zasiadłam do komputra w celu spożycia kawy i szerszego rozwarcia ócz mych przecudnych, aż niepostrzeżenie wybiła godzina W i w drogę czas był wyruszyć. Tom wybyła z hacjendy i jak mnię nie zatrzęsie w połowie dystansu do najbliższego środka lokomocyji.... no tak, a coś się pani spodziewala walizka made in china to i rączka nie lepsza, bo dzierżysz ją jak głupol jaki w dłoni swej niczym dziewica, która właśnie wianek z głowy zdjąwszy na księcia czeka.... no cóż dziewczę drogie, czasu już nie masz więc z walizką w jednej a rączką od rzeczonej w drugiej pomkniesz ty na busa ( jako podumała w tempie błyskawicy, tako uczyniła żem :)

Przygoda 2


..... dotarłam do miejsca co się dworzec kolejowy zwie ( ale jakoś świetność owego miejsca dawno przebrzmiała) nabyłam drogą kupna jeden bilet, 2 klasy do miasta Zabrze, poszła byłam na perona i stercze, a walizka made in china ze mną. Zatrzeszczało, zadudniło, zaklekotało i pojazd żelazny zwany durnie (nie mylić z dumą) Intercity dokonał zatrzymania swego, piskliwego z resztą. Tarabanię się do środka..... i oczom swym nie dowierzam..... dźwierza a i owszem zautomatyzowane, ale wagon jakiś „cielęcy”, a w nim klub wesołego emeryta z wywczasu w kurorcie wraca. Cudem zajęłam miejsce wolne, jedno z kilku na kilkunastu nowych podróżników przypadające i oczom mym ukazał się widok niekoniecznie zacny, aczkolwiek mało zachęcający pt. „okna brak”, ale nic to..... my i nasz majestat prymulka nawykłyśmy do niewygody i 9 godzin się pokisim ( bo klub wesołego emeryta na zawał pierwej zejdzie aniżeli okna rozeszczelni choćby na 5 cm).

Przygoda 3


.....dojechałam i uważam to za sukces mój osobisty, albowiem pokusa ulżenia wysiadką w połowie dystansu była silna. Automatyczne drzwi wpuściły tlen, pózniej doznałam lekkiej hiperwentylacyji, a następnie wygrzebałam się na peron, cały jeden, w mieście Zabrze. Jak ta sroka we gnat patrze i nasłuchuje i już wiem!!!!! jest!!! leci na mnie;) z predkością światła i dzikim okrzykiem powitalnym co u wariatek z ADHD jest normą..... wyściskana i ucałowana poczułam ulgę nieziemską, żem cała i zdrowa dojechała z PKP ( co w slangu mlodzieżowym jak się dowiedziałam później oznacza „Pięknie Kurwa Pięknie”)


Pobytu w gościnie noc i dzień 1.


.....wchodzę w komnaty, od wejścia dziera się Filip ( kolega kocur, tygrysowaty, łasy na głaskanie i żarcie, co u przedstawicieli danej płci i niekoniecznie gatunku jest normą :) zapoznano mnie z kuchnią, łazienką i reszta salonów po czym oddałam się z gospodynią głębokim rozważaniom na tematy różne i poboczne..... łóżko to cudowny wynalazek, zwłaszcza, że o 4 rano poziom percepcji nawet u wariatek jest równy zeru;)


.....poranek, a dodam że była godzina około 10, zmusił mnie do podniesienia członków swych obolałych i już wiedziałam..... TO BĘDZIE DZIEŃ TROLA PIŻAMOWCA!
Kocham lenistwo i żeby była jasność nie tylko dlatego, że jest moją jakże piękną cechą wrodzoną:) jedzenie kanapek w łóżku to cudowne zajęcie, nawet Sir Filip był zadowolony i chyba odrobinę dumny, że potrafi podzielić ze mną swoje miejsce „śpiące”, uprzednio gwałcąc mnie miałczeniem, żeby zapodać mu kocią saszetkę z racją wołowiny w galarecie.....

Pobytu w gościnie dzień 2.... hmm, do tego zagadnienia muszę podejść obiektywnie, co wymaga czasu, więc zostawię to na jutro..... :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz