czwartek, 14 lutego 2013

…..wieczór podchodził pod okno, kiedy siedziała w fotelu, nieruchomo jak głaz. Papieros w jej dłoni żarzył się sygnalizując upływ czasu, a ona wpatrzona w pustkę ścian próbowała przypomnieć sobie moment jej własnej śmierci. Ile już razy umierała, a każdy z nich coraz bardziej dotkliwie wżynał się w kolejny dzień.
Najdokładniej pamiętała tą ostatnią i chwile poprzedzające ten cykl. Pamiętała strach na dwa dni przed zlodowaceniem oddechu, pamiętała spięcie mięśni i wewnętrzne rozdygotanie, kiedy usłyszała zapowiedź zimnej stali ostrza w głosie. Głosie, który był jej małym światem, małą oazą, namiastką nieba, które starała się uchwycić ze wszystkich sił, jednocześnie nie zagarniając dla siebie nic, a kiedy już spadło jej na głowę, kurczowo złapała się szansy, że to tylko chwilowe, że to chichot losu, który przebrzmi. Pamiętała codzienne rytuały, w które z każdą chwilą zaczął wrastać kamienny mur milczenia o wszystkim i mowy o niczym, i coraz bardziej się gubiła w poplątaniu żywej przeszłości i martwej przyszłości, już bez miejsca dla niej, a ciągle obecnej. Jakże innej, a tożsamej. Chciała się przekonać co jest prawdą. Podjęła ryzyko. Jak hazardzista postawiła wszystko na jedną kartę, by w końcu się dowiedzieć gdzie jest jej miejsce. Nie walczyła, próbowała zrozumieć. I kiedy wyszła naprzeciw z otwartym sercem i umysłem poczuła to, czego była pewna, o czym wiedziała w najgłębszych zakamarkach jej całego bytu, a mimo to nie mogła zrobić nic. Oddziaływanie dwóch magnesów o przeciwnych biegunach. Metafizyka dotyku i ból świadomości, że jeszcze tylko kilka chwil, kilka ostatnich oddechów pełną piersią. Kilka spojrzeń w najgłębszy mrok i najjaśniejsze światło duszy. I łzy, które nie oczyszczą zgliszczy po wojnie rozumu z sercem.
Siedziała w fotelu nieruchomo jak głaz, a papieros w jej dłoni żarzył się sygnalizując upływ czasu. Niewielkie smużki dymu wydobywające się z jej ust uwidaczniały niemiarowy oddech. Dokładnie pamiętała ostatnią własną śmierć. Sekundy, minuty, godziny spędzone w oczekiwaniu na cud życia, który i tak nie nadejdzie. Codzienna konfrontacja marzeń, obietnic i faktów, wykreślanie ze słownika zwrotów, których mogłaby się uczepić jak pająk nici. Jej śmierć przypominała powolną agonię. Z uporem maniaka wbijała kolejne gwoździe do trumny przeznaczenia, które okazało się być ślepe i głuche na jej głos. W dniu ostatecznym, pogodziła się z tym, że jej miejsce nie istnieje, ale nie udało się jej zapomnieć.

Siedziała w fotelu nieruchomo jak głaz, a spalony papieros wypadł z jej dłoni. Tępym wzrokiem ogarniała ścianę, zawieszona w atmosferze chwili. Nieuwolniona od pamięci spokojnie czekała, na kolejne odrodzenie i kolejną śmierć. Przecież miała na imię Nadzieja…..






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz