…..wieczór
podchodził pod okno, kiedy siedziała w fotelu, nieruchomo jak głaz.
Papieros w jej dłoni żarzył się sygnalizując upływ czasu, a ona
wpatrzona w pustkę ścian próbowała przypomnieć sobie moment jej
własnej śmierci. Ile już razy umierała, a każdy z nich coraz
bardziej dotkliwie wżynał się w kolejny dzień.
Najdokładniej pamiętała
tą ostatnią i chwile poprzedzające ten cykl. Pamiętała strach na
dwa dni przed zlodowaceniem oddechu, pamiętała spięcie mięśni i
wewnętrzne rozdygotanie, kiedy usłyszała zapowiedź zimnej stali
ostrza w głosie. Głosie, który był jej małym światem, małą
oazą, namiastką nieba, które starała się uchwycić ze
wszystkich sił, jednocześnie nie zagarniając dla siebie nic, a
kiedy już spadło jej na głowę, kurczowo złapała się szansy, że
to tylko chwilowe, że to chichot losu, który przebrzmi. Pamiętała
codzienne rytuały, w które z każdą chwilą zaczął wrastać
kamienny mur milczenia o wszystkim i mowy o niczym, i coraz bardziej
się gubiła w poplątaniu żywej przeszłości i martwej
przyszłości, już bez miejsca dla niej, a ciągle obecnej. Jakże
innej, a tożsamej. Chciała się przekonać co jest prawdą. Podjęła
ryzyko. Jak hazardzista postawiła wszystko na jedną kartę, by w
końcu się dowiedzieć gdzie jest jej miejsce. Nie walczyła,
próbowała zrozumieć. I kiedy wyszła naprzeciw z otwartym sercem i
umysłem poczuła to, czego była pewna, o czym wiedziała w
najgłębszych zakamarkach jej całego bytu, a mimo to nie mogła
zrobić nic. Oddziaływanie dwóch magnesów o przeciwnych biegunach.
Metafizyka dotyku i ból świadomości, że jeszcze tylko kilka
chwil, kilka ostatnich oddechów pełną piersią. Kilka spojrzeń w
najgłębszy mrok i najjaśniejsze światło duszy. I łzy, które
nie oczyszczą zgliszczy po wojnie rozumu z sercem.
Siedziała w fotelu
nieruchomo jak głaz, a papieros w jej dłoni żarzył się
sygnalizując upływ czasu. Niewielkie smużki dymu wydobywające się
z jej ust uwidaczniały niemiarowy oddech. Dokładnie pamiętała
ostatnią własną śmierć. Sekundy, minuty, godziny spędzone w
oczekiwaniu na cud życia, który i tak nie nadejdzie. Codzienna
konfrontacja marzeń, obietnic i faktów, wykreślanie ze słownika
zwrotów, których mogłaby się uczepić jak pająk nici. Jej śmierć
przypominała powolną agonię. Z uporem maniaka wbijała kolejne
gwoździe do trumny przeznaczenia, które okazało się być ślepe i
głuche na jej głos. W dniu ostatecznym, pogodziła się z tym, że
jej miejsce nie istnieje, ale nie udało się jej zapomnieć.
Siedziała w fotelu
nieruchomo jak głaz, a spalony papieros wypadł z jej dłoni. Tępym
wzrokiem ogarniała ścianę, zawieszona w atmosferze chwili.
Nieuwolniona od pamięci spokojnie czekała, na kolejne odrodzenie i
kolejną śmierć. Przecież miała na imię Nadzieja…..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz