wtorek, 18 lutego 2014
Dzień jak dzień
.....krótka noc rozpełzła się godziną dziewiątą..... jakaś kawa, jakiś szmer, jakieś śniadanie..... i wyjście by wejść w dzień..... w jego rytm i dźwięki, w słońce które sprawia, że to już przedwiośnie, które chociaż mi nie służy to jednak cieszy..... wystawiłam do niego twarz i zapomniałam..... że tyle było nieprzyjemnego od ludzi, że po drodze komputer odmówił posłuszeństwa, że coś tam jeszcze i jakoś tam..... stałam w miejscu, z twarzą ku słońcu i nasłuchiwałam ptactwa..... dzięcioły się pobudziły i zewsząd dochodzą ich stukopuki, mam to szęście, że potrafię je dojrzeć w galopie dnia..... jeszcze nie słychać żurawi chociaż wiem, że już przyleciały, bo skoro są u Leśnej i u Wędrowca, to pewnie lada chwila zagoszczą i u mnie..... długo zbierałam się do napisania czegokolwiek, a kiedy już usiadłam to okazało się, że nie bardzo mi to wychodzi..... a to co wychodzi to czasami moja Herbaciarnia..... czuję się czasem jak Jacques Cousteau, kiedy z oceanu dźwięków wygrzebuję cuda nad cudy, których faktycznie nie powinnam znać, bo przecież to starsze od dinozaurów..... a czasem jak opowiadacz z liryczno-poetyckim zacięciem..... sprawia mi to przyjemność w te długie wieczory, kiedy nie ma dokąd pójść, daje poczucie, że nie jestem wtedy sama w zaciszu, bo przecież spędzam czas ze słuchaczami..... paradoksem jest, że przez ostatnie wydarzenia i odskocznię w Herbaciarni dojrzewam..... i chyba pierwszy raz w życiu, poza jednym ważnym jego "filarem" jestem konsekwentna, w tak wielu sprawach, że aż samą mnie to zadziwia..... stoję sobie z boku samej siebie i podglądam..... i chociaż czasem gotuje mi się krew, kiedy spotykam się z niesprawiedliwą oceną, to uspokojenie przychodzi szybko..... chwila zadumy, wyciągnięcia wniosków i marszu dalej, jakby ponad to wszystko..... takie "róbmy swoje" Wojtka Młynarskiego..... a nie łatwo tak czasem, bo pgoda, bo źle znoszę to czasem niemożliwe do zniesienia, bo zwyczajnie nie chce mi się ruszać, rozruszać i coraz częściej myślę o tym, żeby wyjść..... nie uciec z życia, a w jakiś sposób do niego wrócić..... inaczej, na miarę możliwości..... poznać na nowo ulubione miejsca, smaki, zapachy..... nadać im nowy, może lepszy sens, a czasem pozostać w bezsensie i w bezczasie, którego chociaż tak niewiele to nie umarł, jak to drzewiej bywało..... i chyba Zawisła mi jakiegoś bakcyla cichcem sprzedała, bo w mojej głowie zagnieździła się myśl..... " a może by tak bardziej kulturno-fizycznie" zadziałać..... biegać nie mogę, ale któż mi zabroni do fitnessklubu się udać, rodem z Wólki Koziej Małej?..... urlopu miesiąc minął i chociaż dobrych wieści nie mam, bo moja współpraca ze zmienniczką się nie poukłada, to cieszę się z rozpętania trzeciej wojny polsko niemieckiej, tupnięcia nogą, aż zadrżało w posadach..... trudno, mogę być ta zła i wredna, ale przynajmniej co do mojej pracy i obowiązków z nią związanych nikt się przyczepić nie może, a ja nie będę świecić swoimi oczami, za nieswoje przewiny..... może wrócę do podopiecznej, a jeśli nie, to znajdę coś innego..... szkoda tylko, że znowu na obczyźnie, ale lepsze takie wyjście niż żadne..... flow mam na rozrzucone myśli, jakoś tak chaotycznie, ale ciągle z prądem, a skoro flow i prąd to i muzykę właśnie do wpisu owego znalazłam..... i jeśli ktoś myśli, że smutek we mnie ogromny, to w błędzie jest..... bo to spokój i coś w podobie nadziei..... na może lepsze..... jutro:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz