najpierw wytłukłam się w pociągu do Poznania, później do Wawki, a po szybkim noclegu wsiadłam w pociąg do Łodzi i właściwie na tym mogłabym skończyć, ale wtedy nie byłaby to relacja.....
zanim zaczęły się koncerty, było troszkę czasu na odetchnięcie po podróży w hostelu i tam spotkała mnie pierwsza niespodzianka pt. nocleg na 4-tym piętrze ogromniastej kamienicy ( czyli rehab za darmo i wspinaczka na prywatny Mount Everest 15razy dziennie, ałć bolało! ;) niespodzianka nr 2. to Najpierwsiejszy ( czyli kolega W. który wychylił swoją głowę zza drzwi świetlicy, kiedy pytałam panią recepcjonistkę jak dość do Łódzkiego Domu Kultury)..... to bardzo miłe uczucie, kiedy po miesiącach możesz w końcu spotkać kogoś z grupy słuchaczy swojej ulubionej stacji radiowej i go tak zwyczajnie po ludzkiemu uścisnąć.....
pierwszego dnia festiwalu, zagrały tylko dwa zespoły i nie powiem, że były to występy z mojej ulubionej bajki muzycznej, ale ważniejsza była atmosfera i ludzie..... ludzie, z których znaczną większość widziałam po raz pierwszy, a miałam wrażenie, że znam ich długo, długo..... a atmosfera niemal wymarzona..... było nas coś koło setki, wszyscy uśmiechnięci, zaprzyjaźnieni z sobą, cieszący się muzyką i swoją obecnością..... najmłodszy uczestnik miał może coś ponad roczek, pampera na pupinie i ogromne zielone słuchafony, które chroniły jego małe uszka przed decybelami..... jego widok nieustannie wywoływał mój uśmiech, a był tak zaangażowany w koncerty przez całe dwa dni trwania festiwalu, że tylko chwila nieuwagi jego opiekunów by wystarczyła, żeby wskoczył na scenę i zrobił szoł.....
właściwie miałam poczucie nieustającego party, bo nasze spotkania zaczynały się w godzinach popołudniowych, a kończyły skoroświt szósta..... z różnych przyczyn nie uczestniczyłam w "sesjach" nocnych, ale bardzo przyjemnie wstaje się rano, idzie na śniadanie i widzi swoich znajomych i muzyków ( którzy w zaskakująco naturalny sposób stali się znajomymi) przy jednym stole..... wspólne żarty i śmiech na prawdę łączą ludzi, i chociaż ja z moją muzyczną demencją i niewiedzą niewiele mogłam o muzyce porozmawiać, to bardzo dużo się o niej dowiedziałam (z zapamiętaniem tych wiadomości gorzej).....
momenty kiedy ktoś z daleka, z kim konwersujesz online w czasie trwania audycji, staje się kimś z tu i teraz są na prawdę budujące, a dla mnie chyba takim najważniejszym był moment odebrania nagrody wygranej w konkursie i poznanie Jerzego Antczaka..... powiem Wam, że to niesamowicie skromny i ciepły człowiek, ma w sobie jakąś taką aurę, że od razu się człowiek czuje przy nim swobodnie, śmieje się, żartuje, nie czuje tej "magicznej"granicy w relacji ja -artysta..... jest takie poczucie normalności i swobody, o jakim wielu ludzi może sobie tylko pomarzyć.....
.....rzeczona nagroda, czyli płyta Georgiusa String Theory i koszulka, której niestety nie widać spod płyty.....
pierwszy dzień koncertów minął i miałam lekkie obawy, że zbyt długo stałam, źle minęła mi noc, a moje nogi podpuchły znacznie..... oczywiście biegałam przez sen i czułam ból, ale starałam się nie popadać w panikę, a kiedy rankiem wstałam jedyną dolegliwością były worki pod oczami, bo okazało się, że zapuchłam zawodowo..... jakaś taka byłam wygnieciona na całym ciele od pościeli, a podusię odciśniętą na twarzy nosiłam niemal do popołudnia..... na szczęście spacer po Pietrynie pomógł się "wyprasować", a i pogoda sprzyjała, słoneczna i rześka..... chodziłam po Piotrkowskiej, oglądałam kamienice, patrzyłam na ludzi i starałam się zapamiętać ten pierwszy pobyt w mieście Łódź..... i o ile do godziny 13 niewiele się w nim działo, to jakby od 13 ulice zaczęły się zapełniać, tętnić życiem, a gwar i śmiech dobiegał niemal zewsząd, z każdej kafejki czy jadłodajni..... pierogi mają dobre w Łodzi, a ściślej mówiąc w Pozytywce ( dla ciekawych Pietryna okolice nr.63), tyle że na stolik trzeba długo czekać, no ale skoro Szemrana patenciara jest, to wykorzystała do konsumpcji stół dla oczekujących na wolny stolik..... dziwnie brzmi, ale to taki ogromny kwadratowy stół na podeście, z wysokimi stołkami, przy którym goście mogą złożyć zamówienie i w spokoju poczekać zanim zasiądą do swojego stolika..... konsumowałam zatem na wzniesieniu, z wyżyn podziwiając tłum ludzi i wystrój wnętrza..... i jak na Pozytywkę przystało, było pozytywnie..... jedzonko dobre, ceny niskie, od samego wejścia widać, że tu dobrze karmią, a i swoje dania przygotowywane przez zaskakująco młody zespół kucharzy można było podpatrzeć.....
po obiadku przyszła pora na przedzierzgnięcie się w nieco bardziej stosowne odzienie koncertowe i udanie się do ŁDK-u..... i znowu wspólne biesiadowanie przy jednym stole, przed występami zespołów, a później wspólne harce na nich i after party po nich..... drugi dzień obfitował w cztery występy, tak różnorodne, że niektórzy mogli być na prawdę zdziwieni co robi zespół rock jazzowy na festiwalu progresywnym..... oczywiście narzekacze też byli, ja sama przy jednym występie miałam wrażenie, że pani wokalistka gwałci mi uszy żywcem wykonując kower Loreeny McKennitth, a muzycy tegoż zespołu szarpnęli się z motyką na słońce, wykonując akustycznie utwór Opethów nie mając warsztatu technicznego, no ale umówmy się, że nie wszystko wszystkim musi się podobać.....
i tutaj zatrzymam się przy jednym zespole, którego nie mogłam wysłuchać siedząc..... jak tylko pojawili się na scenie, od razu poleciałam z balkonika na dół ( oczywiście schodami), żeby sobie "wewnętrznie polatać" przy ich dźwiękach..... zespół się nazywa Art of Illusion i co Wam powiem,to Wam powiem, ale Wam powiem, chłopaki dają czadu..... wiadomym jest, że odbiór muzyki za żywo jest zupełnie inny niż z płyty i bardzo wiele zespołów zwyczajnie nie dźwiga występu life, a to nawali akustyk, a to sprzęt, a to wyłażą wszystkie fałsze wokalisty i brak umiejętności technicznych muzyków, a tu? tu miła niespodzianka..... niesamowita harmonia dźwięków, mimo decybeli, które odczuwałam momentami w swoich flaczkach, niesamowite zgranie całego bandu, wszystko na swoim miejscu tak jak powinno być, a do tego krótkie filmiki zespołu wyświetlane na telebimie czy jak tam to się zwie..... no jak mi ktoś powie, że polskie zespoły nie potrafią dobrze grać progrocka to go kopnę w niewymowne i odeślę choćby do jutubki na edukację :) w obrazku macie próbkę ichnego grania :)
może Was zdziwić, dlaczemu tyle piszę o wrażeniach, a nie piszę o wykonawcach..... przyczyna jest bardzo prosta, ja zwyczajnie nie umiem pisać o muzyce, w sensie kto z kim i gdzie gra, jaki gatunek wykonuje itp. a jak mam coś robić byle jak, to wolę nie robić wcale ;) są od tego lepsi, którzy mają wiedzę i pasję, jak chociażby Ci tam na dole strony Podsłuchani ;) właśnie! u Bizona czyli Nawracacza znajdziecie pełną galerię zdjęć z koncertów i krótką recenzję, polecam przeczytać, bo co jak co ale Bizon się zna i ma "dobre" ucho :)
i właściwie to by było na tyle z festiwalowej relacji..... po koncertach, szybka kolacja pt. żurek a'la Łódka z jajuszkiem ( w sensie żurek nie Łódka) i wyjście po angielsku, chociaż miałam ogromną ochotę zostać, no ale przyjmijmy umownie, że stara jestem i chodzę spać z kurami ;) rankiem śniadanko i kawka z muzykami i słuchaczami i powrót do Wawki z dworca Łódź Kaliska na którym to cudownie odnaleziony został jeden z uczestników festiwalu, który jako i ja ulotnił się jak na anglika przystało, tyle że dużo wcześniej :)
druga część relacji z wyprawy już niebawem, bo historia pt. "Smok prześladowca i smocza jama" to zupełnie osobny rozdział i musi być opisany z należytą estymą ;)

fajnie się słucha ... czyta Twoje ... emocje :)
OdpowiedzUsuńJa popieram Pana wyżej :)
OdpowiedzUsuńZ tym że ja absolutnie wszystko co w notce wysłuchałam na żywo.
Wtedy jeszcze szkła Ci się oczy :)
Smok przesladowca? ?? 😂😂😂😂
Ja popieram Pana wyżej :)
OdpowiedzUsuńZ tym że ja absolutnie wszystko co w notce wysłuchałam na żywo.
Wtedy jeszcze szkła Ci się oczy :)
Smok przesladowca? ?? 😂😂😂😂
bardzo mi się podobała ta Twoja relacja pełna wrażeń:)
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę znalazłam się w innym świecie.Powinnaś częściej wojażować muzycznie.
OdpowiedzUsuńjuż w niedzielę jadę na Archive :)
Usuńa może i w sobotę na Tides from Nebula :)
Tyle przeżyć i muzycznych wrażeń aż miło się czyta. Super!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie.
to wypad się udał;))) zazdraszczam wrażeń;)))
OdpowiedzUsuńrozumiem ból wielokrotnego wspinania się na czwarte piętro. mieszkam na ostatnim bez windy i czasami naprawdę mi się nie chce włazić, zwłaszcza z zakupami. ale są i takie razy, kiedy wbiegam niemalże w podskokach i cieszę się, ze to zawsze jakiś dodatkowy ruch dla mych starych ;))) kości. niemądra i niezdecydowana, ja :)
OdpowiedzUsuńw Łodzi byłam tylko raz. to znaczy przejeżdżałam przez nią wiele razy, ale tylko jeden i to bardzo bardzo dawno temu, zatrzymaliśmy się w niej na dłużej, aby przeleźć się Piotrkowską oraz zaliczyć muzeum Dętki :)
jako, ze jak gdzieś powyżej wspomniałam- starość ;))), to i skleroza, dlatego zdecydowanie wolę przeczytać Twoje wrażenia muzyczne (które czyta się świetnie), bo gdybyś mi tu zapodała nazwy zespołów itd, to i tak bym nie zapamiętała :)
pisząc komentarz słucham sobie Art of Illusion- Round Square i faktycznie- jest moc :)
cieszę się, ze koncertowanie się udało i życzę równie wspaniałych następnych razów.
ale Ci zazdroszczę takich wypadów
OdpowiedzUsuń:)
Łódż podobno jest bardzo piękna i bardzo brzydka zarazem... nigdy nie byłam, ale muszę się wybrać, dopóki mam możliwość przenocować za darmo, a i osóbkę bardzo miłą mam tam do odwiedzenia....
OdpowiedzUsuńPowiem Ci, że takimi chwilami właśnie żyje człowiek, zawsze trzeba na coś czekać, coś przeżywać, żeby naprawdę ŻYĆ :)))
Dziękuję Ci z całego serducha, że poświęciłaś swój czas i energię, coby szukać moich internetów w sieci, ale ja tępa dzida, za przeproszeniem chyba jestem, bo nie wiem gdzie wrzuciłaś ten link???