sobota, 5 sierpnia 2017

zaległościowo i nie tylko.....

ufff.....


gorąco?..... no gorąco bo lato jest, a jak dodam do lata ciągły pospiech i mijanie dni  w zastraszającym tempie, to obrazek wychodzi mi niemal surrealistyczny.....


od powrotu minęło już trochę czasu, a ja ciągle w biegu..... zatrzymuję się tylko na chwil kilka, a później biegnę dalej, bo dzieje się dużo.....


najpierw niespodzianka urodzinowa, później biwak z moimi Biedronami, w miejscu gdzie 15 lat temu zaczęłam budować nową siebie i swoje nowe życie..... to tak jakby powrócić do korzeni..... część ludzi ta sama, miejsce też, a jednak widać upływ czasu, chociażby po powykrzywianym pomoście i wysokości szuwarów..... po zarośniętych leśnych ścieżkach i rozłożystości drzew..... i mimo, że nigdzie nie biegłam przez tydzień, że otaczali mnie ludzie, których kocham i są mi moją rodziną z wyboru, mimo że odpoczywałam, wróciłam do domu zmęczona..... a może to tylko moje odczucie, po powrocie do rzeczywistości.....






kiedy usiłowałam odespać noce przesiedziane przy ogniu,pojawiły się nowe wyzwania, którym trzeba stawić czoło..... czas w którym przybyło dość dużo trudnych rozmów i emocji, nie tyle moich, co takich które trzeba przegadać, powytłumaczać skąd i dlaczego się pojawiły, a to nigdy nie są łatwe rozmowy..... i chociaż mam do nich odpowiedni dystans, bardzo często się zdarza, że mnie męczą, bo wymagają maksimum asertywności, cierpliwości, spokoju i bezwzględnego pilnowania swoich granic, które nie zawsze są rozumiane i akceptowane przez innych.....


w tym całym zamieszaniu udało mi się pojechać do mojej siostry Leśnej, na kilka dni..... i dobrze że się udało, bo chociaż tam miałam poczucie, że odpoczywam..... ale żeby nie było tak słodko, to fizycznie mnie zaczęło znowu dopadać coś, co mnie zawsze będzie uwierało, bo przecież nikt nie lubi,kiedy jego własne ciało go ogranicza, kiedy coś boli, strzyka i łupie to tu, to tam i sprawia, że zanim człowiek się porozkłada wstając rano z łóżka to mijają dwie godziny..... czy to już SKS?..... nic to!..... najważniejsze, że udało mi się sprawić, że Leśna trochę odpoczęła, oderwała się od biegu codzienności chociaż na tych kilka dni..... a zaszalałyśmy nieziemsko, rozpieszczając się kulinarnie w najróżniejszych kawiarniach i restauracjach..... o strawę dla ducha też zadbałyśmy idąc na koncert jazzowy..... i powiem Wam, że chyba tego mi trzeba było, bo chociaż New Jazz łatwy w odbiorze nie jest, to żywa muzyka pozwoliła mi chociaż na chwilę się zresetować..... i potwierdzam słowa jednego z moich muzycznych znajomych, który też był tam z nami, wraz ze swoją małżonką, że " perkusiści jazzowi to kosmici"..... i faktycznie,perkusiści to ludzie z innej bajki, a ci jazzowi to z jakiegoś matrixa są wycięci, wyglądają jak totalnie nieskoordynowane pająki, a o dziwo dźwięki które wydobywają z instrumentów są tak rytmiczne w tej arytmii, którą tworzą w czasie grania, że normalnie chapeau bas!.....


udało nam się pojechać do naszej firmy, a nie lada to wyczyn, albowiem zawsze, zawsze kiedy wsiadamy obie do samochodu, duch przygody nas nie opuszcza i zawsze, ale to zawsze coś na trasie się dzieje..... tym razem to były korki, masakrycznie długie, kilku kilometrowe korki, których nawet "Marzenka" z GPS-a nie była w stanie ominąć..... i znowu trenowałam cierpliwość, ale jakoś tak gładko poszło..... oczywiście podróż wydłużyła nam się z 2 godzin do 4, ale i na to znalazłyśmy patent!..... nie ma to jak szurnąć 140km/h po A-1 za jedyne 4,90 ;) i chociaż trasa nam się wydłużyła i kilkadziesiąt km, to przynajmniej ciągle jechałyśmy oszczędzając czas, który na pewno spędziłybyśmy w korkach, (biorąc pod uwagę, że powrót zaczęłyśmy równo z godzinami szczytu i początkiem powrótów ludziów z pracy).....


chwilę po powrocie do domu, znowu rzeczywistość wciągnęła mnie w trudne rozmowy, emocje i w ciężką pracę..... bo jeśli komuś się wydaje, że porządki w szafach to łatwizna to jest w głębokim błędzie..... po niemal półtore roku, zaczęłam opróżniać szafę Królowej Matki..... jakoś wcześniej nie mogłam, nie byłam gotowa na to ostateczne pożegnanie, a teraz kiedy to robię budzi się mnóstwo wspomnień..... w tych ubraniach wyglądała wspaniale, te bardzo lubiła nosić, a tych nawet nie ubrała..... jednocześnie miałam poczucie, że coś się kończy, jakaś epoka, jakiś rozdział mego życia, nadchodzi jakaś ostateczność bliżej nienazwana..... i zaskoczyło mnie to, że z porządkowaniem moich ubrań nic takiego nie czuję, no może tylko mam lekkie poczucie, że robię miejsce w życiu na coś nowego i zdecydowanie układanie w szafie układa mi myśli w głowie..... tym razem było inaczej..... oczywiście żeby nie było tak słodko, to szafa już jest zapchana "nowościami" i wcale nie widać w niej porządku, ani wolnego miejsca..... trochę mnie irytuje, że od 3 dni żyję na workach, torbach i tobołkach do wyniesienia, jak jakaś z przeproszeniem rumunka, ale na szczęście jest ludź jeden, skłonny do pomocy w dźwiganiu tego dobrodziejstwa i transportowaniu go do różnych ludzi, którym te rzeczy mogą być potrzebne..... bo już tak mam, że jak coś jest dobre to tego nie wyrzucam, wolę oddać, bo mimo tych wszystkich 500plusów i różnych innych "pseudo pomocy", są ludzie których nie stać na kupno odzieży, zwłaszcza takiej w rozmiarze XXL.....


i właściwie to by było na tyle, tyle że z tyłu głowy dobijają się myśli o tym co muszę jeszcze zrobić, co zapamiętać, że trzeba zrobić w przyszłym tygodniu cały zestaw badań i porobić trochę za poduszeczkę do igieł,że Szato trzeba gruntownie wysprzątać, bo kiedy wyjeżdżam na dwa miesiące to nie ma siły na to, żeby nie zbierały się jakieś kurze, jakieś pajęczyny i jakieś obce po załóżkowych zakamarkach.....  a czasu niewiele, bo kolejny biwak z Biedronami się szykuje i najazd na Szato przyjaciół "turystów-militarystów", którzy co roku o tej porze mnie odwiedzają..... 


i kiedy tak teraz przyglądam się na intensywność wydarzeń i ich liczebność, to śmiało mogę powiedzieć, że straciłam kontrolę nad upływającym czasem..... to pierwszy raz od kilku lat, kiedy mam poczucie że gdzieś galopuję pomimo tego, że nie ma w tym pośpiechu, bo nawet jeśli coś wypada niespodziewanie jak królik z kalepusza, to podchodzę do tego z dystansem i spokojem, a mimo to mam poczucie, że czas mi umyka zbyt szybko, że przyspieszył zupełnie bez mojej zgody i bez sensu.....


a dzisiaj jeszcze tylko kilka spraw i zadań do ogarnięcia i weekend..... pewnie będzie pracowity, ale postanowiłam zwolnić jeszcze bardziej niż ślimak i poświęcić trochę czasu na moje pstryki i snucie się z aparatem tam gdzie mnie oczy poniosą :)










dobrego weekendu Wam, a do rytmu możecie sobie pokręcić rewersami razem z Ninet, ukrytą w obrazku :)









12 komentarzy:

  1. MÓJ SZATAŃSKI PLAN NA ZAWLECZENIE TYŁKA DO CIEBIE ROZMYŁSIĘ niestety......żyję podobnie jak ty na ciągłym niedocz\asie. okres urlopowy i wakacyjny jest w pracy wyzwaniem. robimy p[raktycznie na okrągło bez przerwy bo ludzi brak i nie ma komu robić....

    na SKSa znalazłam se lekarstwo.......baseny. mój kręgosłup "lubi"pływanie

    ja też oddaję rzeczy po chłópcach i niektóre których już ne noszę dla ubogich. mimo że mamy takie czasy nie brakuję ludzi którzy wręcz po rękach całowaliby za cokolwiek bo nic nie mają...

    OdpowiedzUsuń
  2. Intensywnie-pozytywnie u Ciebie, a wiadomo, że im milej tym szybciej czas zapieprza... ja teraz urlopuję, za parę dni nad morze.. staram się oddychać pełną piersią i ładować duracelki by potem mieć siłę do pracy.
    A ciuchy dobre zawsze sie komuś przydadzą, też staram się by tam trafiły :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze że zrobiłaś porządek u Królowej Babci .
    Wiem o wiedziałam że było do trudne .
    Czasami jednak to konieczne . Konieczne żeby zamknąć kolejny etap w naszym życiu i zacząć przeżywać ten moment czas problem przykrość tragedię -inaczej.

    Biwaki.
    Biwaki .;)
    Naprawdę rozumiem Twoje zmęczenie .
    Choć do dobre zmęczenie .

    Na mnie krzyczy. No sudzy głowę a sama co robi .
    Weź się za siebie .
    Zsdnsj i siebie .
    Swoje zdrowie .

    Nie bierz sobie do wychowania połowy świata .
    Poradzą sobie przez cheile bez Ciebie .
    Dużo odpoczywaj nie jedz śmieci - oddaj mi.
    Przytulam .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no przesz sie wzięłam, nawet oddałam honorowo krew do badania krwiopijcom! :))

      Usuń
  4. Niezła z Ciebie wędrowniczka, a wydajesz się na pierwszy rzut oka (na bloga) bardziej, że się tak wyraże, statyczną osobą. Ale jak widać to mylne wrażenie. Galop galopem, ale takie przygody to zawsze nauka i doświadczenie, a jeszcze jeśli się znajdzie przy tym czas na trochę odpoczynku, to w ogóle super.

    Przypomniałaś mi, że jak co roku, również powinnam zrobić porządki w szafie. Mniej to będzie sentymalna czynność w moim przypadku, ale zabrać się do tego i tak ciężko.

    Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. faktycznie sporo się dzieje. myślę, ze to tez dobrze, zwłaszcza jak dzieją się rzeczy pozytywne. czas co prawda wtedy faktycznie jakoś dziwnie przyspiesza, ale na to chyba nie ma rady.

    OdpowiedzUsuń
  6. oj warto znaleźć czas dla siebie chwile by się zatrzymać

    u mnie dziś burzowo wiec ja zrobiłam porządek w szafie tak jakoś niechcący przez przypadek ale dobrze mi to zrobiło

    OdpowiedzUsuń
  7. Jest super! Cieszę się Twoim wypoczynkiem. Super się czytało!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  8. No, cały czas jest pod wrażeniem tych wyjazdów na dwa miesiące...

    OdpowiedzUsuń
  9. czasem nic mnie tak nie męczy jak odpoczynek, nie umiem odespać ani wyspać się na zapas, a GPS często-gęsto wyprowadza w pole:) fajnie zadecydowałaś z ubraniami po Mamie, posłużą potrzebującym:) zdrówka Sza, miłych spotkań (mam nadzieję, że Szato przetrwa:)) i nie myśl o SKS-ie!- bo co ja mam powiedzieć? jeśli dobrze liczę tom starsza od Ciebie;)
    p.s. mieszkasz w pięknych okolicznościach przyrody:)

    OdpowiedzUsuń