.....miesiąc minął od ostatniej notki, a prawie dwa od powrotu do Szato..... i chociaż nie raz, ani dwa otwierałam okno do pisania, to kursor mrugał w miejscu nieubłaganie, a myśli kłębiły się coraz mocniej i nie dawały się rozsupłać..... makrama z mapą nie wiadomo czego, poczucie jakiejś równoległej rzeczywistości, która trzyma cię przy życiu i każe trwać pomimo wszystko, a nawet się uśmiechać.....
przez ten miesiąc, albo i dwa wróciłam do spacerów w miarę regularnych, bo nie da się ukryć, że dodatkowe kilogramy nie sprzyjają kondycji, a wręcz przeciwnie, coraz to nowe dolegliwosci wyłażą..... no i Paskuda sobie przypomniała o mnie, tak jak już dawno nie..... zarwane noce, wyjące do księżyca, który niczego nie rozjaśnia, a po nim tylko chłodna szarość codzienności, smagająca twarz za każdym razem kiedy dobrze znane ścieżki prowadziły przez wieś mą przecudną.....
dobrze że chociaż majówka była słoneczna i taka na luzie, spontanie, bez nadęcia i zadęcia..... lekki gril i szlajanie się po lasach i drogach, podpatrywanie małych błysków codzienności, których jak na lekarstwo, eksplorowanie starego cmentarza, o którym niewielu wie, a już niewiele z niego pozostało..... i konwalie, jeszcze nierozkwitłe.....
przestałeś tupać mi po głowie..... za to tupał ktoś inny..... ja to mam kozackie szczęście, jak nie Druid to Boruta..... i wielkie nic z zupełnie niczego, bo coś ty sobie kobieto myślała? no właśnie nic, do tego stopnia, że nawet zapomniałaś jak to jest przyjąć komplement i go nie krytykować..... i na nowo uczysz się chodzić zanim zaczniesz biegać..... nooooo, nie ma lekko,bo ciało nie współpracuje tak jakbyś chciała, a dusza też jakaś taka uśpiona, jakby zupełnie nie twoja..... i już bez cudownych pastylek na szczęście.....
jedyna kobiecość jaką mam od dawna, to stan mojego umysłu, chociaż i on czasem zawodzi, robiąc mnie z premedytacją w ciula, a ja coraz częściej go świadomie wyłączam, żeby myślenie nie bolało, nie wiodło na pokrętne ścieżki mego umysłu, żeby nie biegły za kolorami i ich ułudą, bo jedyne kolory to te z natury..... te z emocji za bardzo mnie mamią pojawieniem się znikąd,zbyt intensywnie i równie intensywnie znikają..... miałam ochotę zagrzebać je w popiele jak ziemniaki z pierwszego w tym roku ogniska..... pieprzony romantyzm i reumatyzm..... tak..... dla ciebie zdecydowanie lepsze są kryminały.....
i ten stan bezpiecznego zakokonienia w tym co znasz, w obrazach chwytanych migawką aparatu, chociaż zupełnie nie tak jak dawniej, bez tego dostrzegania niezwykłości w zwykłym..... zgubiłam to spojrzenie, albo tylko jeszcze śpi, bo czasem nawet coś przyjdzie w słowach o "otwartych oczach domów, patrzących w przyszłość"..... a może w przeszłość?..... nie wiem, to taki dziwny stan, chociaż ten rodzaj refleksji i smutku towarzyszy mi całe życie..... jest taki mój, taki dobrze znany, bezpieczny, oswajany na nowo..... dziewczyna o smutnej duszy..... nigdy nie pasująca do tego co wokół, nawet kiedy się cieszy i bywa chwilami szczęśliwa..... to nie prawda że szczęśliwi się nie smucą.....
oni są szczęśliwi w smutku, paradoks sytuacji..... taki zupełnie inny rodzaj smutku, melancholii i nostalgii, takiej wrodzonej tęsknoty za nienazwanym, a kiedy już nazwane to i tak tęsknota nie mija, a umożliwia jeszcze większe spojrzenie w siebie, daje możliwość wyciszenia i tego swoistego pogodzenia się z sobą, z okolicznościami, z tym co było i co będzie, i tym czego z założenia nie będzie już nigdy..... bo czas, bo okoliczności, bo nie, bo za późno albo za wcześnie..... pieprzona metafizyka, z którą albo się rodzisz, albo masz ją w dupie ( jakkolwiek to brzmi).....
kilka lat temu wiedziałam, że to ten moment, że coś przychodzi dokładnie wtedy kiedy ma być, pogodzona ze wszystkim, z moją nieprzystawalnością do świata i ludzi czułam się idealnie dopasowana, gotowa na każdy dzień, cokolwiek by miał przynieść, dopasowana do siebie samej..... a dzisiaj sklejam siebie od nowa jak puzzle i dalej Nowy Jork nocą to 3 tysiące światełek, tyle że ja już inaczej je widzę..... jak krople rozmyte na szybie lustra własnego ja.....
w burzowych chmurach nad Szato..... gęstniejącym, elektrycznym powietrzu.....

witam ciekawy blog. zapraszam do mnie
OdpowiedzUsuńCzasem opisanie emocji to nie lada sztuka. Sam co jakiś czas zastanawiam się jak coś opisać, a nawet czy o czymś pisać.
OdpowiedzUsuń:) Skóra nosorożca może być przydatna. Zwłaszcza jak spotyka się na swojej drodze osoby z gatunku ,,średnie", ,,fuj" i tak dalej.
Kortez to ciekawa postać, zarówno muzycznie jak i życiowo. Facet wcale nie miał podane nic na tacy, pracował fizycznie, może stąd w jego muzyce jest jakaś taka prawda i dużo emocji. Podobno zdarza się, że na koncercie wielki, muskularny pan cichutko ociera łzy wzruszenia. Widać w tym, że każdy ma pokłady wrażliwości, może tylko na innych poziomach usytuowane.
To są tak zwani przeze mnie ,,twarzowcy". Swoją stroną wizualną z roku na rok coraz mocniej odpychają. Chociaż może być tak, że przyciągają muzycznie. To dopiero paradoks.
Pozdrawiam!
O kurczaki. Współczuję w takim razie. Mnie ostatnio bolą płuca (chociaż podobno z medycznego punktu widzenia to niemożliwe, boli coś w okolicach), zwłaszcza jak w ciągu dnia kicham raz za razem w seriach po 10 kichnięć nawet. @_@. Poza tym nie jest źle.
OdpowiedzUsuńCo do zombie to nie wiem. Za to ostatnio spodobał mi się chyba tweet mieszkańca Transylwanii. Brzmiał mniej więcej tak: ..Cały czas pytacie mnie czy występują u nas wampiry. Żadnego nie widziałem, choć żyję już 700 lat". :D
Pozdrawiam!
https://mozaikarzeczywistosci.blogspot.com
Super piszesz Kobitko. Buziaki. Kasinyswiat
OdpowiedzUsuń