CZYLI O MACANKACH I PALCU FAK-JU;)
.....nie wiem, która to już przygoda, ale pamiętam żem winna dokończenie opowieści krakowskiej, zatem działam literacko albo mniej.
Przygoda 7. (tak ją umownie nazwijmy, aby jakąś chronologię zachować)
Katedra Wawelska bogata i ogromna więc miejsc do zwiedzania zacnych dostatek. Tako i Towarzyszka Wariatka oraz Friend i ja udaliśmy się kilkaset drewnianych stopni w górę, aby do rzeczonych dzwonków się dostać. Hmm , zawszeć zdawało mi się, że dzwonki to raczej w dół, ale..... im wyżej tym goręcej się robiło i miałam lekuchnego stracha, że Towarzyszka się wycofa, albowiem na zdrowiu nieco wątła..... i tu spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, bo Wariatka jako i ja ( bo moje szkity to raczej na schodach mało ruchawe i skrzypiące) nie odpuściłyśmy, bo jak macać po dzwonku to my najpierwsiejsze, w końcu na dokumentacje trzeba zasłużyć w pełni. Wdrapaliśmy się w całe sztuk 3 ( bo Friend oczywista toże) i z dumy o mało nie pękli my, że nam się to wyzwanie powiodło i cel osiągniąt:) ..... pamiętam, jako dziecię macałam, ale wymagałam znacznego uniesienia, aby zwanego „serca dzwonu” dotknąć, a tu proszę jak UWAGA! UWAGA! na załączonym obrazku widać, że primula podrosła i to znacznie:)
.....macanie po dzwonku.....
.....little dzwoneczek.....
Długo odpoczywaliśmy na górze, ale warto było swego dopiąć, to miłe kiedy można w jakiś sposób pokonać siebie.
Przygoda8.
Gadacz słuchowy, którego na fotce widać zaprowadził nas na dalsze zwiedzanie katedry i tu się zrobiło hmm ciekawie. Gadacz opowiadał legendę o królach, grobowcach itp, aż do jaśnie Łokietka dotarł był swą opowieścią i nausznie zaczął wspominać jak mierzy się łokcie, że od palca najdłuższego do lokcia itp. Itd. Na co spojrzałam na Frienda i tu poległam w całości i kawałkach bo On miarę tę zaczął mierzyć dosłownie, na co i ja i Towarzyszka śmiechem ryknęłyśmy, z wielką obawą, że nas wyrzucą, na szczęście takich jak my było więcej, więc nie było to aż taką obrazą Domu Bożego, jakby się zadawać mogło, bo nawet ksiądz młodzian, w sutannę odziany kwiecisty uśmiech na licach miał i sam ową miarę sprawdzał;)..... jednak trochę to zwiedzanie umęczyło, czasu sporo zabierając, ale pewnym jest to, że Wawel zdobyty..... i niech mi ktoś powie, że małe rzeczy nie cieszą:)
.....podryw "macaroni".....
.....Kraków zdobyty, albo japacyki na Wawelu..... :))))
Przygód jeszcze kilka było, jak na przykład podryw „macaroni”, lub też szybka ewakuacja z przedziału w drodze powrotnej do domu ( z powodu ataku tzw głupawki) ale jakoś pamięć już nie ta i zanudzać nie chcę.
Jak widzicie primula się objawiła, może dlatego że takie słoneczne te zdjęcia i zawsze miło powspominać, a może zwyczajnie bo tak i już;)
(tekst oryginalny ze starej skrzyni, tyle,że zdjęcia prócz tego jednego poszły w pireneje.....)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz