…..zapuchnięte
powieki dają znać, że przyszedł dzień….. ubrałam puchaty
szlafrok, dużo za duży, tak jak wszystko co mnie ostatnio
dotyczy….. zrobiłam kawę i uporczywie próbuję odnaleźć
smak….. i jej i poranka….. tak jak kiedyś….. i chociaż wiem,
że to jest we mnie, czuję się tak jakbym 1go listopada roku 2012
umarła w środku….. chodzę, oddycham, coś jem, czasami nawet
śpię, ale dalej nie mam apetytu na życie, nie umiem odnaleźć
jego smaku….. ogarniam to co jest do ogarnięcia zewnątrz, a
wewnątrz co kilka dni totalny burdel i niby zaczynam patrzeć z
dystansu, ale to ciągle boli….. czasami się uśmiecham, czasami
żartuję, ale to tylko chwila….. może potrzeba mi czasu…..
którego nie mam, bo za kilka dni znowu pojadę, na ostatni
kontrakt….. i znowu nie wiem dokąd, na ile i jaki jest stan
pacjenta….. i boję się tego, bo tam w takim stanie funkcjonuję
jak rozpieprzony zegarek, który zaciął się w odcinku kilku
godzin, powtarzam kilka słów jak tik tak, wykonuję te same
czynności i 24 godziny na dobę jestem więźniem czterech ścian,
bo nie zawsze można wyjść i złapać oddech….. nie nadaję się
do tej pracy, a innej nie mam i kiedy skończy się luty, mieć innej
nie będę….. nie mam się czego złapać, nie mam o co się
zaczepić, żeby odbudować wszystko to co legło w gruzach….. nie
mam nawet oparcia w sobie samej….. przestaje mi się chcieć szukać
możliwości, bo z każdym miesiącem coraz mniej ich na
horyzoncie….. i nawet nie pociesza mnie to, że takich „maluczkich
z wypierdkowa” jak ja, są setki o ile nie tysiące….. dlaczego
tak trudno mi znaleźć jakikolwiek sens….. czy ja naprawdę jestem
aż takim życiowym nieudacznikiem….. dlaczego czuję ogromny żal,
a nie umiem go z siebie wylać, bo i po co, skoro już dawno na to za
późno….. dlaczego czuję cholerną złość, a siedzę w bezruchu
jak wielki pajac, który czuje, że traci wiarę w sztukę….. czy
ja już się nad sobą użalam….. wzięłam kartkę:
-
Praca – miało być dobrze, wyszło jak zawsze, z końcem lutego się kończy, na nową tu na miejscu nie ma szans, znikam w gąszczu odmów i braków odpowiedzi….. wyjechać nie da rady, za dużo tutaj spraw się rozłazi kiedy mnie nie ma, a później muszę nieźle się gimnastykować, żeby wyprowadzić wszystko na prostą.
-
Rodzina – brak….. a królowa matka….. cóż, starzeje się, coraz bardziej schorowana, zaczyna ją zjadać starość, zapomina coraz więcej rzeczy, zachowuje się coraz mniej racjonalnie, wymaga opieki i czasami nadzoru jak małe dziecko…..
-
Odżywianie – 3 posiłki dziennie, bez smaku, na przymus, bo muszę.
-
Sen – sporadycznie przespane noce, w większości jego brak.
-
Sex – a co to jest?
-
Zainteresowania – muzyka….. dźwięki mnie wkurwiają, słucham żeby coś brzęczało zagłuszając myśli, świadomie omijając te powiązane z miejscem, czasem, okolicznościami i osobą, bo nie chcę czuć, nie chcę do tego wracać, bo to nic nie zmieni.
-
Książki – ostatnio czytam. Fakt, jakoś odmóżdża pod warunkiem, że nie budzi nadziei, które nie maja prawa istnieć.
-
Pisanie – wena poszła w cholerę, produkuję zlepki słów, które przychodzą kiedy nie mam pod ręką nic do pisania, później je zapominam, nie potrafię odtworzyć.
Jak
nic zawisłam w sobie. Kurwa mać!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz