…..w
przedwieczornych poszumach wiatru z odrobiną chłodu, przysiadłam…..
kubek wiśniowej herbaty ogrzewa dłonie, a dźwięki budzą
zadreszczenie….. całonocne zmęczenia niesnem coraz bardziej
odczuwalne, już nie burzą spokoju, świdrowanie kości nie budzi
gniewu, a rozkołysane myśli przysiadają na parapecie…..
zaplatana w aksamit głosu, nucę pod nosem obce słowa i nie ważna
ich treść….. ważne, że niosą w spokój, w odpoczynek, w świat
bez bólu i codzienności….. małe momenty….. mój słodki
bezczas….. zwiotczona lekami i muzyką, przemierzam przestrzeń
czasu i nie obchodzą mnie rachunki, telefony i złorzeczenia …..
siedzimy….. ja i ona….. ja naznaczona nią, ona przypisana do
mnie….. to dziwne….. zawsze opisywałam ją jak wroga, jak
wrzynający się wszędzie ból, jak zmorę….. a dzisiaj….. jest
jak członek rodziny?..... tak po prostu….. jak ktoś, kogo bardzo
dobrze znam, a przecież wcale jej nie lubię….. coś co ogranicza,
a ja mimo to mam uśmiech na twarzy….. surrealizm w czystej
postaci….. i wiśniowa herbata, tak jakby już było lato…..
odmienny stan umysłu, chociaż leki na niego nie wpływają….. tak
jakbym patrzyła na siebie z boku, jak widz lub obcy przechodzień…..
i dalej mam uśmiech na twarzy….. podobają mi się moje
nowoczerwone włosy i śpiew ptaków za oknem….. i nawet targanie
zakupów mi się podoba….. bo dobrze jest….. jak jest:)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz