czwartek, 13 czerwca 2013
Slowdive...
.....upał wdziera się przez okno gorącym podmuchem, muchy wyjątkowo lepne do ludzi, zwiastują zmianę ciśnienia, a ból głowy nie daje zapomnieć o nocy tak długo niesennej..... w końcu wróciłam po wojarzach w dalekie strony i niby dużo się działo, a słów na opis tak mało..... a może tylko chęci brak..... ospałość i ogarnianie tego co do ogarnięcia..... ale w końcu spokój..... przez ostatni ponad tydzień byłam u Leśnej..... ostatni raz widziałyśmy się chyba w lutym, albo w marcu, ten czas tak szybko leci..... i mimo tego, że to był tylko tydzień ja jestem zadowolona i wypoczęta, nawet pomimo tego, że towarzyszyło mi wiele niechcianych, negatywnych i trudnych emocji, które zachwiały mój spokój wewnętrzny..... ale taka często bywa cena za nazwijmy to naiwność i wieczną wiarę, że nie wszyscy ludzie na świecie są źli..... trudno, mleko się wylało, a ja jak widzicie chronię sięjak mogę przed nienawiścią i podłością ludzką..... chyba już na tyle okrzepłam, żeby nawet nie poświęcać czasu, na opisywanie tego..... ważniejszy był ten czas z Leśną, herbaciane chwile( a herbaty to ja jej nawiozłam pół walizki;) moje dni trola piżamowca i toalnego lenistwa, leśny spacer w Bażantarni..... no dobra, nie do końca leśny, bo z luźmi wyprowadzającymi na spacer badyle do nordic, rowerzystów i spacerkowiczów, ale w kontakcie z naturą i Leśnej psem(nowy nabytek jej dziecięcia)..... znowu się potwierdziło, że nam to raczej słów nie trzeba..... mimo zabiegania, problemów, codzienności, My wiemy..... jedno spojrzenie wystarczy, a jak się do tego doda wizytę u Ani i tańce przy dźwiękach Kamila Bednarka( mówtaa co chceta, ale się wytańcowałyśmy przy tym i chyba odprężyłyśmy) to człowiek się robi cały happy mimo zmęczania i pomrukiwania paskudy w mięśniach..... od Asi wyjechałam w sobotę z zamiarem pt. " do domku", ale..... nie mogłam, no nie mogłam nie zajechać do Wąchala no;) bo po pierwsze primo to mnie ochrzanił i zagroził, że mi dupkę stłucze za notoryczne nieodzywanie się telefoniczne,a po drugie matka kolej żelazna podstępnie z premedytacją zmieniła mi rozkład, a po następne musiałabym nocować w powiecie, a jak na złość cała rodzinka na wyjeździe, no to sami powiedzcie jak nie skorzystać z takiej okazji, jak Wąchala też od lutego nie widziałam, no jak? NO NIE DA SIĘ!..... w niedzielę szybki skok nad morze nasze morze..... lody porzeczkowe mieli w Ustce pyyyyyyyszne, a i zupka rybna w Syrence zła nie była, chociaż jak dla mnie Pani Gessler stanowczo zbyt dużo pieprzyła, albo ja mam mniej pikantne usposobione podniebienie;)..... wypoczęłam, ale brakowało mi wieczoru na plaży, wsłuchania się w jego piosenkę, odrobiny zadumy i takiego mojego bycia tu i teraz, mojego bezczasu, ale..... nic straconego, kiedyś zawitam tam na dłużej i nadrobię te chwile..... gdybym potrafiła dogadać się z moim nowym lapkiem, to już teraz zostawiłabym Wam fotkę morza, ale niestety windows8 jest intuicyjny jak na moje możliwości za mało, bo się nie domyśla czego ja chcę;) pozdrawiam i zostawiam Wam w obrazku płytę, którą mi wczoraj ktoś polecił..... jak dla mnie brzmi świetnie na taki właśnie leniwy senny czas:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz