czwartek, 18 lipca 2013

Misz Masz...

.....od kilku dni nadrabiam blogowe zaległości u Was i tak mi przychodzi do głowy, że źle się dzieje..... po kolei znikają blogi, które były dla mnie jednymi z lepszych, a treści w nich zawarte zmuszały do chwili zastanowienia. Może nie zawsze potrafiłam się do nich odnieść, ale zachowywałam ich sens na długo. Sama to rozumiem, bo jak wiecie mam założone hasło, wcale nie bez powodu. Nie rozumiem ludzi, którzy pałają zawiścią, nienawiścią, a że niewiele mogę z tym zrobić, to robię to co mogę, co nie zmienia faktu, że tak zwyczajnie mi brakuje kilku z Was, w tej blogowej przestrzeni. Mogłam na wiele rzeczy spojrzeć inaczej, mogłam się czegoś nowego dowiedzieć, z różnych dziedzin życia, mogłam się uśmiechnąć, albo wzruszyć, ale przede wszystkim zastanowić. Taki moment spojrzenia na Was w sposób na który pozwoliliście:) za to dziękuję, chociaż myślę o Was ciepło nadal i pamiętam. Dziwne prawda? przecież się nie znamy wcale, ale myślę, że żeby wymieniać poglądy w cywilizowany sposób nie trzeba się znać i nawet jak nam jest w tym myśleniu nie po drodze, to wzajemnie się szanujemy. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz, będę mogła się cieszyć Waszymi notkami, zadumać, uśmiechnąć i chcę wierzyć, że jeszcze przyjdzie taki fajny czas:) oczywiście pozdrawiam jak zawsze i życzę wszystkiego dobrego:)

.....od kilku dni nadrabiam książkowe zaległości i gdybym potrafiła, to czytałabym kilka książek na raz, bo ostatnio zaszalałam zakupowo. Na nieszczęście mojego portfela, w biedronce urządzili kiermasz książki i się okazało, że koniecznie muszę nabyć to i to i tamto, niezależnie od wydania, oprawy itp. akażdy egzemplarz za jedyne 9,90zł. No to nabyłam 10 knig i oczywiście zaczęłam od Lesia Chmielewskiej. Zaśmiewam się do łez i modlę, żeby kiermasz się skończył, bo przecież z torbami pójdę. Ja to jakaś chyba na prawdę inna jestem. Zazwyczaj kobiety kupują ciuchy, buty, torebki, a ja..... książki i to prawie tak kompulsywnie jak słodycze;)

.....od kilku dni objadam się mięsistymi, soczystymi czereśniami. Już dawno nie jadłam tak słodkich, jak tego roku, ale żeby mi nie było tak słodko,to dokupiłam 3kg wiśni, bo jednak je uwielbiam ponad wszystkie owoce letniej pory..... i tylko czekam kiedy mnie brzuch od jawnogrzeszenia rozboli i jakoś doczekać się nie mogę..... kurcze! a może ja jakieś braki z dzieciństwa nadrabiam, kiedy szczerze nie lubiłam wiśni, bo wydawały mi się okropecznie kwaśne i uszczypliwe w język?

.....od dwóch dni slęczałam nad papierami do pracy, albowiem jak nakazują procedury w mojej firmie, przy ponownym podpisaniu umowy, mus wypełnić masę ankiet i takich tam bzdur w języku germańskim. No to wypełniłam, odesłałam i już wiem, że 7go sierpnia wyjadę do pracy, do mojej Frau. Cieszę się, bo już od tego siedzenia w domu i braku jakiegoś konkretnego zajęcia głupoty mi do głowy przychodziły.....

.....na kilka dni mam spokój z wizytami u znachorów wszelkiej maści, albowiem wyniki badań specjalistów różnego sortu Królowej Matki, są o dziwo lepsze, niż moznaby się spodziewać. Nie ukrywam, szarpnęło po kieszeni, ale co tam! Mamy na jakiś czas spokój i wyjątkowo wszystko sprawnie i szybko przebiegło. Teraz tylko czekamy na termin operacji zaćmy w ócz głębi Królowej Matki i póki co, to by było na tyle.....

i jakoś się tak kręci ten życiowy kabarecik. Raz lepiej, raz gorzej,ale najważniejsze, że ciągle do przodu:)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz