w Wawce byłam ok.godziny 14 i od razu chwyciłam za telefon, obdzwaniając koncertowych znajomych..... a i naszą blogową Zawieszoną zahaczyłam telefonicznie..... miło było z Nią chwilę porozmawiać..... w sumie to pierwszy raz słyszałyśmy swoje głosy :)
właściwie podróż minęła mi spokojnie chociaż mijała długo, a na chwilę przed opuszczeniem pociągu okazało się, że młody chłopak który siedział na przeciwko mnie całą drogę, przyjechał do Wawy w tym samym celu co ja, tyle że z Holandii.....
kiedy już pogęgałam przez telefon ze wszystkimi, z którymi miałam pogęgać poszłam zjeść jakiś ciepły posiłek, wypić kawę i ułożyć sobie jakiś plan działania..... później pojechałam do znajomej, u której nocowałam..... emocje z minuty na minutę rosły, ale nie denerwowałam się jakoś specjalnie, to bardziej było wyczekiwanie na coś pięknego, ważnego, coś co wiedziałam,że zdarzy mi się pierwszy raz w życiu.....
ok. 19stej byłyśmy już w Progresji..... przed wejściem do klubu,spotkałyśmy resztę towarzystwa, chociaż całą ogromną rockserwisową i nie tylko ekipę spotkaliśmy w środku..... ogromna radość ze spotkania, uściski,śmiech i szukanie sobie dobrego miejsca, a później już tylko niecierpliwe czekanie na tę "wisienkę na torcie".....
gdzieś przez głowę przebiegła mi myśl, że jest na sali ktoś dla mnie w pewien sposób ważny od kilku lat i że znajdzie mnie jeśli tylko zechce..... a jeśli nie zechce to przecież i tak w jakiś sposób jesteśmy tu razem, z tłumem 2000tys innych tak samo jak ja kochających Riverside.....
tego co działo się później, kiedy zespół wyszedł na scenę, w żaden sposób nie idzie opisać słowami, one tak na prawdę nie oddadzą tego wydarzenia..... moje tu pisanie,to chyba bardziej próba,kolejnego poukładania emocji, które mimo kilku dni które minęły ciągle są żywe..... żeby Wam to zobrazować umieściłam w zdjęciach linki do wrzutek z koncertu..... zdjęcia pochodzą od Bizona, czyli nie tylko mego Muzycznego Zbawiciela Świata i Nawracacza Zagubionych Duszyczek ( którego niebanalny blog znajdziecie w mojej linkowni i który polecam nie tylko melomanom)..... sami zobaczcie co działo się, kiedy moje Riversidy pojawiły się na scenie.....
chwila na którą czekałam całe lata, marzenie które miałam na dnie serca właśnie się spełniało, a na dodatek byłam tam z ludźmi, których znam, którzy tak samo jak ja kochają muzykę, którzy stoją obok, którzy czują to samo co ja..... każdy z nas miał na początku łzy wzruszenia w oczach, kluchę w gardle i żywego Piotra Grudzińskiego w sercu..... chyba każdy czekał aż wyjdzie i zacznie grać, a później przychodził moment swego rodzaju otrzeźwienia, że przecież tak się nie stanie.....
mój pierwszy koncert Riverside w życiu..... kiedy popłynęły dźwięki Cody, której się spodziewałam na rozpoczęciu, której byłam niemal pewna, chociaż sama nie wiem skąd tą pewność miałam, najpierw delikatnie mnie wyczuliły na to co stało się w chwilę później ( na filmie 4:55)..... kilkanaście godzin po koncercie, nazwałam to teorią Wielkiego Wybuchu..... "ściana dźwięku przeszyła każdy jeden mikro, nano i "jakiśtamjeszczemetr" ciała,powodując uczucie obrośnięcia nim zewnętrznego, jak gdyby pokryte było "pierdylionami" małych, kilkucentymetrowych,ostrych igiełek, które kłując pobierają jednocześnie energię z brzmienia i potęgują wrażenie "słodkiego cierpienia", do stopnia w którym mimowolnie, podświadomie zaczynasz wyczekiwać na więcej, a każda nawet najmniejsza zmiana częstotliwości fali jest odczuwalna w każdej milisekundzie ostrą wibracją całego twojego jestestwa..... a to wszystko co odczuwasz sprawia, że czujesz się jak w bezpiecznym kokonie, trochę za luźnym,ale dającym ci pewność, że przeżyjesz....."
znajomi śmiali się, że zwyczajnie stałam za blisko nagłośnienia, ale to nie to..... przecież to nie pierwszy raz, kiedy stałam blisko,a nigdy nie miałam takich wrażeń..... owszem basy mogą przyprawić człowieka o wibracje w ciele, ale tym razem t było tak inne, tak niespotykane dla mnie i tak nowe, że miałam wrażenie zmasakrowania dźwiękiem, a dodatkowo czułam jak cały smutek minionego roku, nie tylko związany ze śmiercią Grudnia, ale też moimi prywatnymi ciężkimi przeżyciami, których nie brakowało, zaczyna się powoli uwalniać, wyłazić ze mnie niczym Obcy z Sigourney Weaver..... momentami nawet bolało.....
do momentu kiedy "Rzeka się wylała"..... a wylała się, kiedy poleciały pierwsze dźwięki Conceiving You..... wszystko ze środka wybuchło tak mocno, że miałam trudność z utrzymaniem się na nogach..... wybuchłam niemal histerycznym szlochem, a nagromadzone przez lata emocje, ból, strach, rozgoryczenie, żal, to o czym kto czytał wystarczająco długo - wie, wypłynęły ze mnie jak lawa, jak pierwotny krzyk, który uwalnia ciało i umysł..... poddałam się temu z taką ufnością, jak wtedy kiedy całe lata temu, w bezsenną noc usłyszałam po raz pierwszy..... od tamtej pory zawsze był dla mnie ucieczką, ulgą,sposobem na przeżycie.....
to wszystko co działo się we mnie było czymś tak niezwykłym jak seans u psychologa, który wyciąga z ciebie największe tajemnice, sam nie wiesz kiedy, co chwila najpierw boleśnie oczyszcza do sedna,jakby był chirurgiem, który grzebie ci w kościach łyżeczką od herbaty wydłubując najgorszy syf, a później zamyka twoje pootwierane i rozgrzebane od lat rany, pozwala ci ochłonąć i podaje miękki koc, byś mógł dojść do siebie po tym co właśnie się stało.....
i tak było jeszcze kilka chwil, póki nie zabrzmiało Discard Your Fear..... i to był ten przełomowy moment, kiedy zaczynało się oczyszczenie, kiedy wszystkie zmory i lęki zaczęły odpływać w nicość, kiedy zaczęłam czuć wolność i spokój..... i po raz kolejny tę pewność, która nie wiadomo skąd, że teraz będzie już tylko dobrze..... mój mistyczny moment przejścia, w którym pękły wszystkie kajdany konwenansów, które trzymają cię za gardło i mówią co wolno, a co nie wypada..... odleciałam, dałam się ponieść temu słodkiemu uczuciu,które sprawiło,że niemal unosiłam się pod sufitem, nowa, silna, inna i z pewnością nie sama..... zaczęła pojawiać się niewymowna radość i nadzieja.....
i było przez cały czas trwania koncertu coś jeszcze..... to uczucie, że Grudzień jest z nami.... w każdym dźwięku i sekundzie, a zwłaszcza kiedy wybrzmiewało Time Travellers.....
(a to zdjęcie ze strony zespołu Rverside, autorstwa Radka Zawadzkiego)
i Towards The Blue Horizon.....
i gdyby koncert trwał 5 godzin, to przeżywałabym go w każdej jednej minucie równie intensywnie..... trwał ok. 2,5 godziny i zakończył się tak jak rozpoczął Codą, ale w jakże innej tonacji, z zanaczeniem nowego początku czyli wplecionym motywem z Goodbye Sweet Innocence.....
(zdjęcie ze strony zespołu, fot. R.Zawadzki)
minęło kilka dni, a we mnie ciągle wszystko żyje..... i pewnie kto tam nie był, ten nawet w jednej tysięcznej nie zrozumie, nie odczuje, nawet kiedy obejrzy i wysłucha wszystkich relacji, przeczyta wszystkie recenzje..... (btw. recenzję Bizona polecam jak cholera!).....
ciągle jest we mnie jakiś głód, jakaś chęć powrotu w to miejsce, lub każde inne dowolne, byleby tylko z Nimi i publicznością, tak wspaniałą i tak empatyczną..... a było nas tam, oj było :) i na twarzy każdego z nas,po koncercie było mnóstwo emocji, tak czytelnych jak otwarte książki, ale to co na nich dominowało to było szczęście i ulga, radość i głębokie poruszenie.....
(zdjęcie ze strony zespołu,fot.R.Zawadzki)
w kilkanaście godzin, po powrocie do domu, w tym samym czasie kiedy z jednymi z nich dzieliłam się swoimi emocjami i tym co przeżyłam, innym zazdrościłam, że zostają w Wawie na drugim koncercie.....
dzisiaj wiem, że cokolwiek by się nie stało dalej, ja przeżyłam swoje własne oczyszczenie,moje wewnętrzne Katharsis..... dostałam i dałam siłę..... przeżyłam coś, co zostanie na zawsze we mnie..... po co sięgnę pewnie nie raz w chwili największej słabości, tak jak do tej pory..... bo kiedy nie mam już nic mam moje Nadrzecze..... tak samo jak ja przeciorane przez życie, naznaczone bólem, ale silne i pełne nadziei.....
tam w Progresji 25.02.2017r. byłam świadkiem odejścia dotychczasowego zespołu i narodzin czegoś nowego, równie ważnego, pięknego..... czegoś co od lat było dla mnie całością i co tą całością mimo fizycznego odejścia Piotra Grudzińskiego pozostanie.....
(zdjęcie ze strony zespołu,fot.R.Zawadzki)
.....25.02.2017r. Klub Progresja,Riverside i Goście.....
".....And when somethings ends
Somethings else begins
We are moving on....."








Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńfajnie, że koncert dostarczył Ci tak silnych i pozytywnych emocji, niech trzymają Cię jak najdłużej:) i dobrze, że masz swoje Nadrzecze:)
OdpowiedzUsuńWysłuchała muzyki. Podobało mi się. Super, że Tobie daje to tyle siły!
OdpowiedzUsuńŻałuję, że nie znam angielskiego.
Cieszy mnie Twoja aktywność za każdym powrotem do siebie, do kraju.
Pozdrawiam serdecznie.
Wysłuchałam ...A to chochlik telefoniczny! Ściskam.
OdpowiedzUsuńW sumie to dobrze, że koncert nie trwał 5 godzin. Nie wiem, czy to wskazane przez tak długi czas szargać się z emocjami. Ja już tak nie przeżywam koncertów. I rzadko na nie chodzę. Najczęściej jak gra mąż albo jacyś nasi muzyczni przyjaciele.
OdpowiedzUsuńPs. Jeśli tak wygląda Twoje nieregularne pisanie, to sama nie wiem, co powiedzieć. Ja tam już w ogóle przestałam lubić formę pt. blog. Wolę czasem popełnić jakąś fejsową miniaturę.
Ps2. A swoje głosy to już chyba parę lat temu słyszałyśmy:)