Deszczowo śnieżny 3 luty..... Koszalin..... miasto, które niespecjalnie lubię, które odcisnęło we mnie trwały ślad, z którym wiąże się wiele wspomnień, niestety w większości tych niefajnyh.....
Krótko przed godziną 19:00 weszliśmy silną grupą ( czytaj osób trzy) do klubu Kawałek Podłogi..... tak, tak, skojarzenie jak najbardziej trafne,bo mój ci ten on kawałek, mój ( Mr. Zooba w sensie).
Wnętrze klimatyczne, światła przygaszone, kilka stolików, 3 rzędy krzeseł i kilka osób (może 20), czekających na wyjście zespołu. Po "grupowej" konsumpcji trunków bez i jak najbardziej alkoholowych zasiedliśmy w loży VIP ( czytaj rząd pierwszy liczący zasiadających osób 4).
Organizm zwany Lebowski ( w składzie Marcin Grzegorczyk- gitarnik, Marcin Łuczaj - klawikord, Marek Żak - bas men oraz Krzysztof Pakuła - progresywne garnki, dzwonki i talerze) wszedł na niewielką scenę w towarzystwie dźwięków rozpoczynających płytę Lebowski plays Lebowski.
Był to dla mnie moment, który zapoczątkował niezwykłą podróż w świat emocji.
Od wzruszeń, które zapewniły mi utwory z Cinematica, po ostre wgniecenie w krzesło, którego sprawcą był utwór z tak zwanych przeze mnie "poboczności" zespołu. Golem czyli "ciężki fiołek" ( jak mawia sam Marcin G.) to połączenie delikatności i ostrości dźwięku, subtelny miks łagodnych klawiszy i ciężkich,gniotących, wibrujących i wprawiających w drgania gitarowych riffów, okraszonych hipnozą bębenków, łoskotem talerzy i ostrym pierdolnięciem stopy. W tym wszystkim współgrający harmonicznie bas tylko dodaje pikanterii i podkreśla nowy wysublimowany smak, jakim karmi mnie ta muzyka.
Jeśli ktoś mówi, że nie da się połączyć liryki z hardkorem w spójną całość, to jest w ogromnym błędzie, a żeby się o tym przekonać musi koniecznie zaczekać i nabyć nową płytę, która już lada moment ukaże się na naszym rynku fonograficznym, ( o czym zapewniają sami muzycy zespołu). Z resztą dowodem na to niech będzie fakt, że nawet loża VIP nie powstrzymała mnie od klaskania,gibania się,robienia hałasu i pragnienia usłyszenia "złowieszczego growla" w połowie utworu.
Po takim"gnieciuchu" ciężko się pozbierać, ale i na to znalazł Lebowski sposób,wracając dźwiękami do Buongiorno i jakże humorystycznego "Prog Tango" (przypis autorki), o wdzięcznej nazwie Mirador.
Zobaczyć zaskoczenie na twarzy współsłuchającego ( dodam, że to stara wyga koncertowa, wybredna w choler) - bezcenne, za wszystko inne zapłacisz czym bądź!
Nie obeszło się bez drobnych problemów technicznych, które przeszkadzały tak muzykom, jak i słuchaczom, ale nie będę się nad tym rozwodzić, bo po cóż zajmować sobie głowę takimi drobiazgami. Osobiście uważam ten koncert za bardzo udany i emocjonalny. Chyba największą niedogodnością dla mnie było to,że był "siedzony",co przy moim wrodzonym ADHD potrafi skutecznie przeszkadzać, jednak i to nie odebrało mi ogromnej przyjemności z jego odbioru.
I jak wspomniałam muzykom, przy podpisywaniu przez nich setlisty, "ciężkie jest życie gwiazdy"..... a ciężkie dlatego, że tak dobra muzyka,która broni się sama i śmiało można z nią podbijać rynki europejskie, ma tak mało odbiorców "na żywo", w takim mieście jak Koszalin.Smutno mi z tego powodu okropecznie. To przykre, ale na szczęście są takie czuby jak ja, które pojadą na koncert Lebowskiego nawet 100km, bo pragną "once in a blue moon" znaleźć się w zupełnie innym świecie.
Ps. Wszelkie błędy językowe, grafomaństwo, egzaltacja i brak wiedzy merytorycznej jest jak najbardziej zamierzone. Autorka Tyniula jest gotowa złożyć łeb swój czerwony, dobrowolnie pod topór! Tylko jej do tego składania zagrajcie The Last Kinga Lebowskiego! ;)

zazdroszczę Ci tych koncertów i takiej pasji w muzyce
OdpowiedzUsuńMuzyka na żywo zawsze dostarcza niesamowitych emocji, wcale Ci się nie dziwie. Chociaż Lebowski niezmiennie kojarzy mi się z filmem "The Big Lebowski" braci Coen, jakoś cięzko było się przestawić, że to jednak o muzie jest :)
OdpowiedzUsuń