czyli Warszawa, kolejne koncerty i niespodzianka roku.....
W ostatnim czasie chyba tradycją już jest, że kiedy zaplanuję istotny dla mnie koncert, taki super ważny i koniecznie trzeba tam być, kiedy tylko powiem o tym głośno cały plan spala na panewce.....
Tym razem postanowiłam nic nie mówić, siedzieć cicho kilka miesięcy, nie chwalić się muzycznym znajomym i nie umawiać na spotkanie z nimi właśnie podczas tego koncertu.Termin misji 10 luty, plan - pojawić się ( ze swoim jakże wkurzającym momentami ADHD), uścisnąć znajomych i mniej znajomych, zgarnąć autografy o które prosiła mnie Mira,dobrze się bawić, naładować się pozytywną energią na kolejne miesiące,ciężkiej pracy daleko od tego co kocham i czym żyję.....
Im bardziej zbliżał się termin misji, tym większa nerwowość we mnie się pojawiała, a trudności piętrzyły. A to choroba jedna, druga i trzecia, a to konieczność wyjazdu dzień wcześniej z powodu braku dogodnych połączeń.....
I jeszcze na to wszystko konieczność ewakuacji chwilę po koncercie Amaroka, no przecież nie dopcham się po autografy, bo kurduplutka jestem i zawsze mnie ktoś z kolejki wypchnie.....
To chyba wtedy pojawiła się myśl, żeby napisać do Michała Wojtasa ( na 3 dni przed imprezą) i zapytać czy zespół może podpisać płytę przed swoim koncertem, wyjaśnić dlaczego tak mi zależy i cierpliwie poczekać na odpowiedź. I chyba właściwie ten moment, ten mój kolejny "genialny" pomysł zapoczątkował lawinę radości i koncert spełnionych marzeń. Odpowiedź, że owszem nie ma sprawy i podpiszą nadeszła w tempie niemal ekspresowym, a w sobotę popołudniu otrzymałam kolejną wiadomość jak mam znaleźć zespół i co zrobić, żeby mój "szatański plan" się udał.
W Progresji byłam już chwilę po godzinie 18-stej wywołując falę zaskoczenia, no bo jak to, przecież nie miało mnie tam w ogóle być ;) Lubię obserwować to zdziwienie i zaskoczenie w oczach ludzi, i może momentami radość na mój widok. To strasznie miłe. A nawet jeśli wcale mnie nie lubią, to niespodzianka i tak się udaje chociażby z samej przekory ;) Btw. to cud, że wchodząc na salę koncertową nie ryłam nosem parkietu, bo co przed znajomymi musiałam się namilczeć i "naukrywać" z zamiarami to już tylko siły wyższe wiedzą ;)
Od razu zadzwoniłam pod wskazany przez Michała Wojtasa telefon i dowiedziałam się jaka masa atrakcji mnie spotka. Otóż miałam zostać zaprowadzona przed koncertem,przez jedną bardzo miłą Panią na backstage, zgarnąć podpisy i szur szur znikać tam gdzie miałam znikać. No i tu pojawiła się mała komplikacja pt. brak pisadła do płyt. Kiedy owego szukałyśmy, muzycy gdzieś się rozpierzchli i trzeba było przenieść akcję na "po koncercie"..... Uwierzcie,że trzęsły mi się ręce, nogi i wszystko co mogło mi się trząść w takiej chwili. A koncertowe emocje, byłe jeszcze bardziej intensywne, bo nawet nie śniło mi się co wydarzy się po koncercie.
Sam koncert był dla mnie wydarzeniem tak mocno emocjonalnym, jak pierwszy po przerwie koncert zespołu Riverside. I w zasadzie okoliczności były bardzo podobne, a powiązania obu grup bardzo jasne. Mój pierwszy w życiu koncert Amaroka, po przerwie w działalności zespołu. Również w Progresji, a na to wszystko Mariusz Duda, który uczestniczył gościnnie w nagraniach materiału lata temu, jak i teraz przy tworzeniu płyty Hunt.
Kiedy rozległy się pierwsze dźwięki niemal odcięło mnie od realnego świata, a pozytywna energia jeszcze bardziej się spotęgowała. Znakomita harmonia i zgranie zespołu, które widać z daleka, doskonałe brzmienie, humor,pasja, radość i uśmiech..... to wszystko płynęło ze sceny, nawet kiedy mikrofony zawiodły. I jak tu nie latać niemal pod sufitem z radości, kiedy właśnie spełnia się jedno z muzycznych marzeń..... no się nie da ! Idyll zaśpiewane przez Konrada Pajka równie piękne,jak to śpiewane przez Mariusza Dudę i na dodatek sam Colin Bass śpiewający Nuke..... no słów mi brakuje, żeby oddać te wszystkie emocje,od których było aż gęsto na widowni.
Między koncertem Amaroka i Colina Bassa, zaklajstrowana specjalną, papierową bransoletką zostałam wprowadzona na backstage..... no i moje ADHD mnie po raz kolejny pokonało! Oczywiście musiałam zakomunikować, że to ja, " Tyniula z sekcji baletowej", na miękkich z wrażenia kolanach powiedziałam " helou" Colinowi, na równie miękkich kolanach i stopach podchodziłam do Michała i Marty żeby wziąć ich podpisy, trzęsąc się jak galareta zgarnęłam autograf od Pana Klawikorda i kiedy szukałam Perkusisty Kosmity skierowano mnie na scenę..... no wyobraźcie sobie, że takiemu zwykłemu żuczkowi z małej wioski na pomorzu zachodnim, dane było wejść na scenę, na której stał w tym samym momencie Colin, uściskać perkusistę, zgarnąć autograf i jeszcze się w drodze powrotnej z owej sceny wyściskać z całym Amarokiem. No i jak miałam nie oszaleć z radości, kiedy się spełniały moje marzenia, o których nawet nie śmiałam śnić. Wiem, że muzycy to też ludzie, że dla wielu z was to nic takiego, ale kiedy spotykasz na swojej drodze, wspaniałych muzyków, uważanych przez wielu za Gwiazdy na światowym poziomie, którzy nie gwiazdują, są tak ciepli,przyjaźni i otwarci,emanujący pozytywną energia, to można ze szczęścia oszaleć i pleść jakieś bzdury ( mam nadzieję, że chociaż nie straciłam"reputacji" do końca ;) ).
I tak oto kolejny z "genialnych" pomysłów Tyniuli ( dzięki życzliwości fantastycznych ludków) udało się wykonać w 1000%, a na dodatek schodząc z backstage'u być na tyle rozanieloną i szczęśliwą, żeby nie zauważyć podestu od barierek,potknąć się i wylądować kilka metrów dalej, na środku Progresji, pół-telemarkiem, prosto pod nogami osobnika płci męskiej trzymając w ręku zdobycze płytowe jak relikwię..... nie na darmo mówią na mnie Chodząca Apokalipsa ewentualnie Zagłada ;) Szkoda tylko, że nie mam ani jednego zdjęcia z tych wspaniałych chwil, ale na pewno na długo zostaną w mojej pamięci :)
Dziękuję Marcie, Michałowi,Pawłowi,Konradowi i Maciejowi oraz Wszystkim dzięki, którym ten cały plan i spełnienie także moich marzeń mogło się urzeczywistnić, a wieczór był wyjątkowy nad wyjątkowe :)

... :)))
OdpowiedzUsuń