piątek, 24 sierpnia 2018

Poranki kojota.....

powrót do codzienności po 10 dniach odpoczynku wymaga czasem nadludzkiej siły..... psychicznie odpoczęłam, ale fizycznie..... hmm..... no dobra, lekko nie jest..... niedospane noce, przesiedziane przy ognisku, przegadane, przebyte z samą sobą..... nieregularne posiłki, bo przecież kto będzie marnował czas na jedzenie..... hektolitry kawy i "brzydkie rzeczy"  odpoczynkowi ciała nie służą..... 

od poniedziałku próbuję jakoś połapać wszystko..... sprawy urzędowe,mieszkaniowe, czas, umówione wizyty i spotkania, nieoczekiwane niespodzianki, sytuacje kryzysowe w których nie ma siły - pomóc trza..... biegam, czołgam się, kręcę, galopuję na pocztę i zaczyna się jakiś zupełnie bezsensowny chaos.....

wtorek.....

olśnienie zwane "zmęczona jestem" i "kiedy mam jechać na Inorock", no ale wstaję rano, piję kawę, telefon już od rana skwierczy..... znowu akcja kryzysowa, wyjazd do szpitala, złe wiadomości, no przecież jak wrócę to muszę Szato ogarnąć, bo zapach pobiwakowej wędzonki roznosi się wszędzie,góra prania wcale nie robi się mniejsza mimo ciągłego brzęczenia pralki, a motocykl zaparkowany pod sufitem z każdą chwilą zmniejsza swoją wysokość..... ciągle ktoś coś chce, telefon dzwoni na okrągło.....

środa.....

poranek kojota..... 6:55 i oczy otwarte już na baczność..... kawa i coś rytmicznego na dobudzenie, bo przecież inaczej się nie da..... a jeszcze wyjść trzeba pozałatwiać, bo samo się nie załatwi..... gdzieś w międzyczasie, pomiędzy kuchnią a łazienka, kilka ciepłych myśli, zapach kawy..... no ja pierdzielę!..... znowu się zaczyna..... a jeszcze trzeba zrobić czerwoności..... i jeszcze zaległe dwa artykuły, relacje, felietony czy jak to zwać, do napisania na już, bo później zapomnę..... na pocztę znowu i jeszcze rachunki ogarnąć, bo przecież nie wiem co już zapłacone, a co jeszcze nie..... siedzę przed nimi jak baran jakiś, patrzę jak wół we wrota i zupełnie nie kumam o co kaman..... no bez pacyfikacji mózgu głośnymi dźwiękami nie da się przeżyć tego dnia..... 

popołudnie morderczej ryjówki.....

wracam do Szato po 4 godzinach..... morderczy galop w głowie i zupełnie nieprzystający do niego powolny krok..... makówka zaczyna się kiwać, ciało pragnie kofeiny i kilku innych przyjemności..... i jeszcze zupełnie obcy facet, przygląda mi się z daleka, a później mijając mówi " pani jest tak ruda, że aż piękna"..... no kuźwa jestem, tylko to ewidentny znak, że wyszłam z domu nie domywszy farby..... olać to, komplement przyjęłam, podziękowałam, poszłam dalej..... a w Szato ani chwili spokoju..... okna otwarte na oścież, bo ciepło..... a za nimi eFy szesnaste, śmigłowce, casy i cholera wie co jeszcze..... lata to niemal nad samą ziemią dookoła wsi, ryczy, hałasuje, nieustannie od dwóch godzin..... tak że własnych myśli nie słychać..... odgrzany na prędce obiad, przypomniał że czasami to nawet i księżniczki bywają głodne..... a po nim totalny out,godzina bez kontaktu ze światem..... wpadłam w popołudniowy "drzem"..... i dobrze mi tak..... było, póki znowu wyjące latacze nie przywróciły mnie do rzeczywistości..... zwolnij kobieto bo umarniesz w sobie,powtarzam z uporem maniaka od poniedziałkowego popołudnia, a Bjorn Riss mi wtóruje łagodnym Śpiewem..... aby do 18-stej.....

czwartek.....

przebudzenie pierdziulniątego przez łeb koszmarnym snem skowronka, jak ja jeszcze jestem sową, to nie najlepszy początek dnia..... a później jakaś lawina spadającej,potłuczonej porcelany, jakieś dzień dobry w powoli rozkręcającym się galopie..... jakiś guz na lewym kolanie, bo nikt tak pięknie jak ja nie potrafi się zaplątać w nogawki własnych spodni..... jakieś niewymowne przeczucie, że coś złego wisi w powietrzu i koniecznosć zatelefonowania do osoby, z którą owe związane..... oczywiście w biegu, bo ostatnio tylko biegam i ciągle jestem w jakimś kosmicznym niedoczasie..... tak bardzo chcę zwolnić, zatrzymać się, a okoliczności wcale nie łagodzące nie dają..... godziny tracone na wyprawie do wielkiego miasta, coraz bardziej utwierdzają mnie w postanowieniu zrobienia prawa jazdy..... i jeszcze ludzie w owym mieście, jacyś tacy nerwowi, szarzy, wcale nie uśmiechnięci i też jak ja w galopie..... tak..... jestem zmęczona..... między popołudniową kawą, a ulubioną audycją..... przecież i tak padnę na piernaty, uciorana jak po jakimś maratonie..... SKS się zbliża?..... eFy szesnaste dalej piłują silniki..... bazuka potrzebna na gwałt!.....

piątek.....

4:15..... półmrok wdziera się siłą pod powieki..... poduszki mnie gniotą, kołdra za ciężka..... czy ja już oszalałam, że w czasie urlopu wstaję jak skowronek jakiś, czy może to chichot losu, który ze mnie drwi i uznaje, że jak wcześniej wstanę to mi się niedoczas skurczy..... otworzyłam okno na oścież, a chłód świtania przypomniał, że to już prawie jesień..... ubrana w dużo za duży sweter zaparzyłam kawę..... siłą zatrzymuję myśli, by nie pędziły jak oszalałe, by dały jeszcze chwilę spokoju, by można było się spokojnie obudzić, nadelektować porankiem..... jeszcze trochę pociszyć zanim znowu dopadnie mnie galop codzienności i przygotowania do wyjazdu..... zanim dopadnie mnie rytm ulicy i to, że tak bardzo jestm-że aż Jestem.....












5 komentarzy:

  1. powrót do rzeczywistości po urlopie, to jak nierealny lot na księżyc za pomocą latawca. Zanim człowiek wbije się w codzienny rytm dostaje ogłupienia, odrętwienia i następuje zmęczenie materiału, chociaż niby ten "materiał" na urlopie wypoczął...nic to ja czekam na kolejny krótki urlop. To trzyma mnie przy życiu i w jakiej takiej kupie- jakkolwiek to brzmi :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Łożesz kurde, ale maraton. Powroty do rzeczywistości trudne są niestety zawsze, ale mam nadzieję, że ta rzeczywistość zaskoczy Cię rowniez czymś bardzo miłym. Tego Ci życzę :) Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  3. ależ zapierdziel.
    chciałabym napisać zwolnij, odetchnij... ale wiem, ze czasami sprawy spadają na łeb i nie da się tego zignorować. trza zapieprzać. trzymam jednak kciuki, aby to się szybko skończyło. wszystko poukładało i nie ważyło pojawiać się nic nowego, no chyba, ze przyjemnego.
    dzięki za Tilt. sto lat nie słuchałam :)
    ps. ależ przecie i w Bieszczadach są góry. przecie Bieszczady to góry, w dodatku;
    "Góry aż do nieba
    I zieleni krzyk" :)))
    a skoro jeszcze nie złaziłaś tych gór, to polecam mocno. wydaje mi się, ze Cię urzekną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))
      bo tak mi u mnie jakoś zabrzmiało, że zanim w góry, to jeszcze potrwa, bo najpierw będą Bieszczady i mojemu rozumkowi wydało się, ze po macoszemu potraktowałaś Bieszczady, że w porównaniu do Tatr to phi, jakie to góry (bo i co tak uważają, się ludzie zdarzają :))

      Usuń
  4. oby ten kierat minął jak najszybciej i nastała chwila wytchnienia:)

    OdpowiedzUsuń