piękny, słoneczny 16sty dzień sierpnia 2018
ryk silnika już z daleka zakomunikował, że właśnie teraz i tu zdarzy się coś, co na zawsze utwierdzi mnie w przekonaniu, które mam już długo ( ale dobrze jak od czasu do czasu coś je potwierdza), że warto przekraczać granice własnych słabości,spełniać swoje marzenia i nie bać się życia..... długo dreptałam piaszczystą drogą słysząc jak "fajnie gada", a nie widząc..... zjawił się ON..... na dwóch kołach..... ciężki, pachnący olejem, smarem i benzyną,warczący, ryczący, plujący ogniem z rur wydechowych kolos..... piękny niczym Adonis połyskujący w promieniach słońca jak rybie łuski..... istny Potwór, na którego widok w sercu budzi się radość, a jednocześnie strach..... prędkość maksymalna 240km/h, pojemność 1700cm3, 4 cylindry, waga 300kilo piękna, na dwóch przeszerokich laczkach, a do setki dochodzi w 2,7 sek..... rumak dla "pierdziulniątych księżniczek" i jeszcze bardziej szalonych niekoniecznie rycerzy..... jednym słowem V-Max!.....
a na nim, w roli plecaka my i nasz majestat Minima, w zbyt dużym kasku, z lękiem jak stąd do Niujorku, że jak się to Potworzysko znarowi, to mnie zrzuci, jak puszek jaki z zaspanej jeszcze powieki..... na szczęście Ten On,co Go tego Potwora dosiada na co dzień, potrafi całkiem nieźle powozić.....
wdrapałam się na grzbiet Potwóra i niemal natychmiast wróciły wspomnienia motocyklowych wypadów, rajdów, wycieczek i dojazdów do pracy..... z tą tylko różnicą, że motocykl mój jakieś 2 razy mniejszy był, powolny jak żółw wyścigowy i zabytkowy jak jajo Faberge..... są jednak takie nawyki, których się nie zapomina, są takie cechy, które się chyba ma w genach i Królowej Matce dziękuję, że w życiu swoim z niejednego pieca chleb jadła i wiele pasji miała.....
Potwór ruszył najpierw powoli, co się okazało tylko leciutką grą wstępną, bo kiedy tylko kurz polnej drogi został za nim, a pod kołami ukazał się asfalt, pokazał swoje prawdziwe oblicze..... lekkie preludium - pierwsza prosta, która podniosła mi delikatnie serce do gardła i sprawiła, że instynktownie złapałam się tym wszystkim czym mogłam za tego Onego od powożenia, krew krążyła znacznie szybciej niż zwyczajnie u pierdziulniatych księżniczek, a Potwór wykorzystał moment i mój niemal morderczy uścisk..... i jak nie ruszy w przódy do 140km/h, to ino zdrowaśków w ustach mych brakowało.....
jeśli dobrym określeniem jest, żem się skurczyła do rozmiarów "mikrominima", to właśnie tak wyglądałam, leżąca milchgeshirrem na plecach Onego i zapierająca się czym się dało przy hamowaniu, bo przecie trza to monstrum jakoś wyhamować, a plecaki mają to do siebie, że jak nie spadają, to latają górą..... ot taka tam fizyczna zalezność.....
i nie tylko fizyczna,bo właściwie pasażer nie ma wpływu na nic..... nie może się wygodnie rozsiąść jak na kanapie i delektować jazdą, póki nie wyczuje takiego motocykla, nie zaufa kierowcy i nie ogarnie sam swojego ciała i emocji..... kiedy nie uzyska odpowiedniego poziomu poczucia bezpieczeństwa, by nie przeszkadzać w czasie jazdy,a czerpać z niej radość..... nie może sobie wysiąść kiedy się mu podoba, albo nie podoba..... i o ile pozycja na motocyklu wyssana bywa z mlekiem matki, o tyle z całą resztą bywa gorzej.....
i niby to wiem,niby znam, niby to nie pierwszyzna, ale..... pierwszych 50km uświadomiło mnie z kim tańczę..... mięśnie rąk i nóg napięte do bólu, rewers zaczynający odczuwać brak puchowych piernatów i kolana zesztywniałe od paskudy, skutecznie odbierają komfort jazdy..... ale co to dla Minimy kiedy w sercu coraz więcej radości, na fizjonomii uśmiech po same ósemki, a lęk tym mniejszy im więcej zakrętów, w które Potwór wchodził łagodnie jak baranek prowadzony na wypas, płynnie jak morskie fale, do których zmierzali Ten On, Minima i Potwór ofkoz..... kluczem do sukcesu okazało się zaufanie samej sobie i umiejętnościom Onego, oraz dość długa przerwa na rozprostowanie kości, rozruszanie mięśni i "rozsiedzenie" miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.....
kolejnych 30km, okazało się frajdą, jaką miewają małe dzieci,puszczone luzem na podwórko i uprawiające swoje ulubione zabawy od świtu do późnego wieczora..... każda chwila,każdy podmuch wiatru, każdy zakręt wywoływały uśmiech..... strach zupełnie zniknął, do tego stopnia, że niemal w ogóle nie odczuwałam prędkości 170km/h, a dodatkową nagrodą był delikatny piasek nadmorskiej plaży łaskoczący stopy, zapach słonej bryzy, promienie wczesnopopołudniowego słońca na lekko karmelowej skórze, dotyk wody..... chwila na zagubienie się w błękitach horyzontu i muśnięciach delikatnego wiatru.....
niestety nic nie trwa wiecznie..... trzeba było wrócić do tego co jeszcze kilka chwil temu zostawiłam, ciało strawą nakarmić, ale dodatkowo nakarmić i duszę, widokiem miejscowego jeziora, zachodzącego słońca..... gwiazd porozrzucanych po niebie jak puzzle, świerszczeniem świerszczy o zmierzchu, szczekaniem psa nocą..... otwieraniem oczu ze świtaniem..... wróciłam potwornie zmęczona, tym rodzajem zmęczenia, które daje siłę i sprawia, że chce się więcej.....
Potwór i Ten On odjechali w sobie tylko znanym kierunku, a ja poszłam rankiem nad jezioro..... stanęłam na pomoście, jak stają ludzie którzy chcą zatrzymać chwile..... zapaliłam papierosa, na uszach miałam swoją muzykę i patrzyłam w zieloności drzew,na ptaki, gniazdo bielika, w połyskującą taflę wody, oddychałam jej rześką wilgocią..... nie taka ze mnie znowu Minima,skoro okiełznałam Potwóra,przekroczyłam kilka swoich własnych granic,a w tej jednej chwili stałam na pomoście, z papierosem w ręku, delikatnie mrużąc oczy i czując mimo zawiniętej na szyi chusty podmuch delikatnego, chłodnego wiatru na karku..... chcąc zatrzymać chwile..... ale przecież nie można zatrzymać czasu, tak samo jak nie da się zmienić kierunku wiatru..... ich piękno zostanie we mnie na zawsze.....
a jeśli spełnię swoje marzenie, o ponownym posiadaniu motocykla, takich chwil będzie zdecydowanie więcej..... teraz idę je zagryźć plasterkiem szynki.....
towarzyszyła mi muzyka ukryta w zdjęciu motocykla.....
a zdjęcie Potwóra pochodzi z internetów.....
i niby to wiem,niby znam, niby to nie pierwszyzna, ale..... pierwszych 50km uświadomiło mnie z kim tańczę..... mięśnie rąk i nóg napięte do bólu, rewers zaczynający odczuwać brak puchowych piernatów i kolana zesztywniałe od paskudy, skutecznie odbierają komfort jazdy..... ale co to dla Minimy kiedy w sercu coraz więcej radości, na fizjonomii uśmiech po same ósemki, a lęk tym mniejszy im więcej zakrętów, w które Potwór wchodził łagodnie jak baranek prowadzony na wypas, płynnie jak morskie fale, do których zmierzali Ten On, Minima i Potwór ofkoz..... kluczem do sukcesu okazało się zaufanie samej sobie i umiejętnościom Onego, oraz dość długa przerwa na rozprostowanie kości, rozruszanie mięśni i "rozsiedzenie" miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.....
kolejnych 30km, okazało się frajdą, jaką miewają małe dzieci,puszczone luzem na podwórko i uprawiające swoje ulubione zabawy od świtu do późnego wieczora..... każda chwila,każdy podmuch wiatru, każdy zakręt wywoływały uśmiech..... strach zupełnie zniknął, do tego stopnia, że niemal w ogóle nie odczuwałam prędkości 170km/h, a dodatkową nagrodą był delikatny piasek nadmorskiej plaży łaskoczący stopy, zapach słonej bryzy, promienie wczesnopopołudniowego słońca na lekko karmelowej skórze, dotyk wody..... chwila na zagubienie się w błękitach horyzontu i muśnięciach delikatnego wiatru.....
niestety nic nie trwa wiecznie..... trzeba było wrócić do tego co jeszcze kilka chwil temu zostawiłam, ciało strawą nakarmić, ale dodatkowo nakarmić i duszę, widokiem miejscowego jeziora, zachodzącego słońca..... gwiazd porozrzucanych po niebie jak puzzle, świerszczeniem świerszczy o zmierzchu, szczekaniem psa nocą..... otwieraniem oczu ze świtaniem..... wróciłam potwornie zmęczona, tym rodzajem zmęczenia, które daje siłę i sprawia, że chce się więcej.....
Potwór i Ten On odjechali w sobie tylko znanym kierunku, a ja poszłam rankiem nad jezioro..... stanęłam na pomoście, jak stają ludzie którzy chcą zatrzymać chwile..... zapaliłam papierosa, na uszach miałam swoją muzykę i patrzyłam w zieloności drzew,na ptaki, gniazdo bielika, w połyskującą taflę wody, oddychałam jej rześką wilgocią..... nie taka ze mnie znowu Minima,skoro okiełznałam Potwóra,przekroczyłam kilka swoich własnych granic,a w tej jednej chwili stałam na pomoście, z papierosem w ręku, delikatnie mrużąc oczy i czując mimo zawiniętej na szyi chusty podmuch delikatnego, chłodnego wiatru na karku..... chcąc zatrzymać chwile..... ale przecież nie można zatrzymać czasu, tak samo jak nie da się zmienić kierunku wiatru..... ich piękno zostanie we mnie na zawsze.....
a jeśli spełnię swoje marzenie, o ponownym posiadaniu motocykla, takich chwil będzie zdecydowanie więcej..... teraz idę je zagryźć plasterkiem szynki.....
towarzyszyła mi muzyka ukryta w zdjęciu motocykla.....
a zdjęcie Potwóra pochodzi z internetów.....

Dobrze, to ja mogę partycypować w papierosie, pomoście, i tym kawałku szynki. W motocyklu niekoniecznie:-)
OdpowiedzUsuńA już myślałem, że końcówka opowieści będzie identyczna jak ta z filmu "Terminator":) Zima za pasem to długo nie pojeździsz w tym roku, prędzej na wiosnę kupisz, może nawet sporo taniej niż teraz.
OdpowiedzUsuńPS. Amasja lepiej ogarnęła (po prostu zna się i tyle) zasady konkursu toteż one są tutaj:
http://ja-amasja.blogspot.com/2018/07/zabawa-ale-po-mojemu.html
Krótko, zwięźle, na temat i po żołniersku miało być to jest. Odmeldowuję się:)
170 z plecaczkiem?! no to sory ale muszę skomentować:
OdpowiedzUsuńszacun i dla kierowca i taksamoż dla pierdziulniątej księżniczki
oj Kochana czytałam z otwartymi ustami Twój post ach ja jak Ci zazdrosze tej chwili na motocyklu tego wiatru i tych wspomnień
OdpowiedzUsuńmoże kiedyś ktoś mnie tak po prostu zabierze bym poczuła wiatr na twarzy i ta szybkość uwielbiam motocykle ich ryk i moc
ło matko! podziwiam!
OdpowiedzUsuńja się boję i nie wsiadłabym na takiego Potwora. z biegiem lat ten strach (zresztą nie tylko ten) mi się pogłębia, ale tego akurat wcale nie chcę przełamywać. już sobie wyobrażam siebie na motorze, jak przy 170 km/h wrzeszczę wniebogłosy i "składam" się w odwrotną stronę, niż potrzeba, a co za tym idzie, jak pięknie się wypieprzam.
zdecydowanie to nie dla mnie :) strachajło ze mnie zbyt wielkie jeśli chodzi o pewne rzeczy.
fajnie jednak, ze Tobie udało się zrealizować marzenie. że przeżyłaś cudne chwile. oby takich było więcej :)
cieszę się też, ze dałaś tu w końcu głos :)
no i nie ma za co, jeśli chodzi o podróż, w którą Cię zabrałam.
Obudziłaś we mnie wspomnienia, nie ma co. Trafiłaś do mojego rdzenia. Mam za sobą szalone zloty motocyklowe, bratanie się z motocyklowymi klubami, a nawet chłopaka na motorze. I prawo jazdy na motor nawet zrobiłam. Ale niestety motocykla brak.
OdpowiedzUsuńtez mam lęk przed wysokością. coraz mocniejszy. musi być tylko przestrzeń i jestem "załatwiona". dlatego niektóre szlaki w Tartach, te mocno eksponowane, są dla mnie nie do przejścia i nawet się tam teraz już nie zapędzam, bo nie chcę stwarzać zagrożenia dla siebie i innych, kiedy dopadłaby mnie panika, ani tym bardziej zabierać czasu GOProwcom, którzy musieliby mnie pewnie z takiego odcinka ściągać. przecież ja się kiedyś cała roztrzęsłam na wieży widokowej i zejść mi z niej było trudno.
OdpowiedzUsuńno ale. z drugiej strony. nie tak dawno temu byłam między innymi na speed water coasterze, który w łódeczce wyciągał mnie na 60 m. zamknęłam oczy, bo na takiej wysokości już poczułam przypływ lęku, na szczęście nie zdążył się rozwinąć, bo łódeczka runęła 110 km/h w dół :)) adrenalina wielka :) nie odważyłam się jednak pójść na największego i najszybszego potwora, ale możliwe, ze kiedyś na nim wyląduję :) tak więc, niektóry rodzaj lęków wysokości i prędkości dam radę pokonać, a inny rodzaj pozostaje poza moim zasięgiem.
trzymam zatem kciuki za to abyś niebawem stanęła na górskich szlakach :)