I nadeszły.....
..... przez jednych wyczekiwane, przez innych wyśmiewane, a jeszcze innym obojętne, albo raniące..... raniące w ten sposób ranienia, który wdziera się gdzieś głęboko i jest najbardziej bolesny z bolesnych..... bo sprawia, że wszystkie dawno pogrzebane wspomnienia wracają, tęsknoty sznurują drutem kolczastym serce, a uczucie gorszości, niskiej wartości, wstydu i skrępowania na widok zakochanych par wylewa się z każdej komórki ciała..... i nawet ci którzy na co dzień cieszą się szczęściem innych, tego dnia sklejają na nowo popękane serce.....
..... zastanawiałam się, jak to było przez te wszystkie lata u mnie i doszłam do wniosku, że na początku, kiedy tylko się zaczął w naszym kraju przyjmować ten zwyczaj, jako nastolatka wyczekiwałam na jakąś niespodziankową walentynkę ( której nigdy nigdzie nie znajdowałam)..... a później było mi przykro, tak zwyczajnie po ludzku i faktycznie czułam się gorsza, za mało ładna, za mało fajna..... to bolało.....
..... później, już w szkole średniej, sposobem na ten czas okazał się dobry humor i żartowanie, że chociaż jestem solo, to świętuję, bo to dzień chorych na epilepsję i różne zaburzenia psychiczne, a skoro zakochanie to stan bardzo podobny do obłędu, z racji zmian biochemicznych w mózgu, to nabijanie się z tego sprawiało, że były bardziej znośne.....
..... z biegiem czasu, zaczęłam świętować i ja, ale coraz częsciej zdawałam sobie sprawę, że miłość świętuje się codziennie..... a przynajmniej powinno się ją świętować w małych gestach, drobnych błyskach codzienności..... w tym co i kto cię otacza.....
lata mijały i chociaż różnie z tą miłością było, to dopiero 20 lat temu zdałam sobie sprawę, że najważniejszą miłością, jest miłość do samego siebie..... i nie chodzi tu o sobkostwo, narcyzm czy inne takie inwektywy..... miłośc do samego siebie, to taki rodzaj miłości, od którego zaczyna się wszystko..... bo jesli Jesteś i masz tego świadomość, to możesz z tą wiedzą zrobić wszystko i albo ją dobrze spożytkować, albo pozamieniać na drobne i oddać za ochłapy cudzej akceptacji, popularności, tzw. bycia na świeczniku.....
miłość do siebie, to sztuka zauważania swoich własnych potrzeb, umiejętność poszanowania samego siebie w każdej roli, jaką narzuca ci życie, to ten wewnętrzny spokój i świadomość, że jeśli nie pokochasz siebie, to nie będziesz w stanie pokochać świata, ludzi i tego wszystkiego co wokół..... jak możesz dać komuś coś, czego sam nie posiadasz?.....
jak możesz cieszyć się szczęściem innych, jeśli sam nie dajesz sobie prawa do szczęścia, do upadku, do bycia tu i teraz, takim jaki jesteś.....
a z drugiej strony, jeśli kochasz siebie, to nie ma w tobie lęku, tej wewnętrznej tragedii, że nie będziesz szczęsliwy sam, że jeśli pojawi się ktoś, to już całe twoje życie będzie super poukładane, a przy okazji będzie ten wieczny lęk, że odejdzie, bo jesteś nie taki, to masz za grube, a tamto za chude..... i będzie ten owczy pęd i galop do szczęscia, za wszelką cenę, tak jakby drugi, obcy człowiek był wyznacznikiem szczęścia i spełnienia.....
kto najlepiej wie co dla ciebie dobre, jeśli nie ty sam?..... gdzieś tam na dnie starej skrzyni jest to wszystko opisane..... od lat jestem sama, ale nie samotna..... i dziękuję samej sobie, za to że w końcu odkryłam to wszystko i przestałam być więźniem swoich własnych niedoskonałości..... i nie boli mnie to że jestem sama, ani w taki dzień jak dziś, ani w każdy inny.....
to co najbardziej boli, to kłamstwo, to półprawdy, to utrata zaufania do kogoś, kto wydawało się był lub jest bliski..... to sprzeciwienie się swoim wartościom i zapominanie o konsekwencjach tego sprzeniewierzenia.....
.....i nadeszły walentynki, a ja czuję w sobie spokój..... ciepło słońca na twarzy, kojące dźwięki muzyki i to coś na kształt jeszcze nikłego bezpieczeństwa we własnym Szato, które jakiś czas temu zostało totalnie zrujnowane..... zaczynam przypominać sobie jak to jest, znajdować małe radości w codziennej egzystencji, przytulić siebie do siebie i pozwolić sobie na zupełną niedoskonałość, przypomniec sobie jak to jest, być dla siebie wystarczającą.....
..... a dźwięki niech kołyszą.....
Walentynka ode mnie: <3
OdpowiedzUsuńŻeś mnie natchnęła do powrotu, nie wiem czy będę często, ale zamierzam bywać
Buziaki..
Nigdy nie lubilam walentynek, a najbardziej w szkole sredniej, bo kolezanki mialy chlopakow, a ja zawsze bylam w ich cieniu jakby niezauwazalna przez plec meska. Dzis tez nie obchodze walentynek choc mam meza od 15 lat. Jakos tak mi jest obojetne to swieto. Kochac trzeba codziennie a nie raz w roku. Pozdrawiam Cie serdecznie. Piekny ten twoj tekst.
OdpowiedzUsuńAle ten tutaj, czy ten z ADHD?
UsuńWitaj :) Ten także Sza :) Oczywiście
UsuńJa też się bardzo cieszę, że nie wszyscy porzucili blogi dla różnych tam fejsów, tłiterów czy snapcośtam :-) Bardzo miło poczytać sobie dobry tekst "starej" znajomej. Buziak :-*
OdpowiedzUsuń