w końcu po urlopowych wojażach wróciłam do Szato.....
emocje opadły jak kurz na nieuczęszczanej drodze, a każdy kolejny mój krok to zmiana.....
nie lubię świątecznych podsumować, noworocznych postanowień, surowych rozliczeń z rzeczywistością, bo to nic nie wnosi, prócz frustracji..... chociaż w tym roku jest zupełnie inaczej.....
jakoś tak się porobiło, że od kilku tygodni domykam w zaskakująco dziwnwy sposób sprawy niepodomykane od lat, czyszczę relacje, wyrzucam kontakty, które zweryfikował czas, kończę znajomości, z których nie mam nic dla duszy..... i to wszystko dzieje się jakoś tak..... samo?.....
czuję niemal pod skórą nadchodzące nowe, nie symboliczne, a niemal namacalne..... bo czuję się lżejsza w środku, w coraz większym kontakcie z sobą, a większym zdystansowaniem do ludzi i świata.....
życie powiedziało sprawdzam, teraz sprawdzam ja.....
niedawno przypomniałam sobie jak to jest, kiedy pozwalasz sobie na dziś, bo to co masz to tylko dzisiaj, ten jeden dzień, w którym dzieje się wszystko na co masz wpływ i umiesz oddzielić i odpuścić to na co nie masz wpływu, dzisiaj.....
kiedy patrzę na to wszystko, co zadziało się w moim życiu od sierpnia, ile małych cudów codzienności się wydarzyło i dokonało, to samej sobie się dziwię, że dałam radę nie zatracić się w tym bez reszty, nie zachłysnąć do bezdechu.....
owszem, są momenty zachłyśnięcia, zwłaszcza kiedy nie brakuje natłoku emocji i myśli, ale dosyć szybko wracam do siebie, a to wszystko bez zbroi i bez poczucia że jestem emocjonalnie naga.....
jakże lekko się oddycha, kiedy wiesz, że już nie musisz się za wszelką cenę chronić, chować prawdziwej siebie żeby nikt nie zranił, nie skrzywdził.....
wróciłam do Szato z decyzją, że nie będę zapalała światła tam, gdzie pójdzie w niwecz..... bo prawda taka, że wszyscy chcą się grzać w cieple ogniska, ale przynieść drzewa i zapalić iskrę nie ma komu, a mnie się już znudziło, natargałam się tego drzewa i już mi się nie chce..... ja sobie postoję w moim ogniu, na przestrzał, w spokoju ducha, w zgodzie z sobą, w pełni..... i cholernie dobrze mi z tym, chociaż bywa w choler trudno, bo konfrontacja z faktami bywa bezlitosna i bolesna..... zgaś swoje światło na chwilę, a zobaczysz kto tak na prawdę stoi za twoimi plecami, czy trzyma nóż, czy podaje ci rękę żeby wesprzeć.....
wróciłam do Szato, już bez niektórych ludzi..... po 23 latach okazało się, że nie byli towarzyszami, a jeno pasażerami..... to boli, ale jedyne co mogę to przyjąć z pkorą to co się wydarzyło nie wydarzając i puścić wolno..... ludzie, nawet ci najważniejsi czasami odchodzą, odsuwają się, to ich wybór i decyzja, a mnie się nie chce ani prosić, ani tłumaczyć, ani tym bardziej słuchać nieszczerych tłumaczeń, bo jeśli ktoś chce być to jest, nie mówi że jest ok, kiedy ja wiem że ok nie jest, i ma czas, ma dla mnie czas.....
wróciłam do Szato i się rozchorowałam..... zapalenie zatok, krtani i tchawicy, początek zapalenia oskrzeli..... i się weź, i się poskładaj w tydzień..... no i się wzięłam i poskładałam,przecież musiałam zacząć powoli pakować walizkę, żeby ruszyć do pracy.....
a teraz, siedzę w płomieniach świec, otulona kocykiem mocy, w zupelnie innej rzeczywistości niż moje Szato i pracuję, w końcu jak człowiek, w pełni uszanowana i doceniona..... 15 lat, a nawet więcej lat dawania z siebie dobra w tej robocie w końcu zaowocowało i wróciło.....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz