2
stycznia 2013, 3:12 a sen jeszcze nie przyszedł….. zamykam oczy i
znowu usiłuje zasnąć….. kiedy już odpływam w krainę
słodkiego, ciepłego niebycia w okolicy godziny 5:00, jak przez mgłę
słyszę upierdliwe dzwony mojego budzika….. z trudem rozklejam
zasnute jeszcze świeżym snem powieki….. no tak….. 5:30…..
dziesięć minut zajmuje mi podniesienie się z łóżka, bo przecież
ja i moje ciało to zazwyczaj rankiem dwa odrębne byty, które
rządzą się swoimi własnymi prawami i to, że jeden mówi „wstaję”
nie oznacza, że akurat drugi to wykona….. człapię do łazienki,
odkręcam gorący prysznic i mam ochotę zasnąć pod nim, bo jest
ciepło, bo mięśnie się rozluźniają, bo przykurcze idą precz…..
ale nie mogę, bo przecież za kilka minut muszę wyjść….. 6:10
dopinam ubranie na ostatni guzik, biorę ostatni łyk jeszcze gorącej
kawy i wychodzę na poranny chłód….. sprawdzam tylko jeszcze,
czy mam dowód osobisty i przepustkę „do raju utraconego” w
postaci ośrodka zdrowia….. „święty grall ubezpieczonych”, o
który walczyłam z pracodawcą cały tydzień świąteczno-noworoczny,
bo umyślił sobie wysłać mnie z grypą czy inną cholerą, która
się we mnie zagnieździła, na kontrakt zagraniczny, nie rozumiejąc
słowa „chora”….. zupełnie tak jakbym porozumiewała się w
dialekcie kantońskim, mandaryńskim, albo w jakimś innym narzeczu
suahili( o ile takowe istnieje)….. a ja głupia całe życie
myślałam, że moją mową ojczystą jest język polski, dla
mieszkańców mojego kraju zrozumiały….. 6:20….. z daleka widzę
kolejkę, zupełnie jak za „komuny” i gdyby nie napis „ośrodek
zdrowia w…..” to pomyślałabym, że właśnie „rzucili”
kawę, albo papier toaletowy….. na drzwiach napis „otwarte od
7:00 do 18:00”, czeka mnie całe 40 minut stania na zimnym…..
zachowuję maksimum spokoju i dokonuję pobieżnego oglądu
współstaczy….. 40 osób w wieku podeszłym, trzech mężczyzn
około 40-stki, dwie kobiety, jedna z niemowlęciem w wózku, druga z
kilkuletnimi bliźniakami, które na oko nie wyglądają najlepiej,
oczka mają szkliste, a z czerwonych prawie sinych nosków co chwila
zwisają im zielone frędzelki….. nie jest tragicznie myślę i od
razu przypominam sobie „the day after”, kiedy to też z taką
nadzieją o tym myślałam….. żeby nie myśleć, wsłuchuję się
w muzykę, którą zabrałam z sobą i przestępuję z nogi na nogę,
bo czuję jak zaczynają marznąć mi stopy….. z zasłuchania
wyrwał mnie ruch w kolejce….. zatem stało się, drzwi przychodni
zostały otwarte dla mas, a tłum ruszył do okienka recepcji nie
bacząc na wcześniejsze kolejności i inne tego rodzaju niuanse…..
i tak ruszyli z bloków startowych w pierwszej kolejności emeryci i
renciści dzierżący broń krótką(parasolki) oraz średniego
kalibru (laski i kule) tratując po drodze obie matki z dziećmi…..
mężczyźni około 40-stki z iście dżentelmeńską klasą ustąpili
miejsca trzem statecznym paniom przyodzianym w cudnej urody moherki i
naftalinowe płaszczyki….. gdzieś pod koniec stawki, raczej
zgodnie ze swoją kolejnością uplasowałam się ja, zajmując jakże
bardzo strategiczną pozycję stojącą, którą musiałam utrzymać
przez najbliższe godziny pół….. kiedy już dowiedziałam się
wszystkiego na temat prostat, wątrób, serc, nerek i żołądków
współstaczy nadeszła godzina 0, dalej zwana siódmą
trzydzieści….. z nieprzyjemnym trzaskiem zaczęła podnosić się
recepcyjna markiza i tłum zaczął napierać na stanowiska
dowodzenia pań rejestratorek….. i znowu w pierwszej kolejności
ruszyli emeryci i renciści używając broni „masowego rażenia”
z nie-gracją wyprzedzając kilka kolejnych „nieuzbrojonych”
osób, stateczne damy napierały ciałem ku przodowi, rozpychając
się walorami „przednimi”, panowie po 40-stce tym razem
niewzruszeni na swoich pozycjach przypuścili atak słowny w celu
uporządkowania kolejności i ustawienia matek z dziećmi na
odpowiednich pozycjach, a mnie udało się obronić nie tracąc i nie
zyskując swoje miejsce w ogonku, po cudowny „numerek”….. i
kiedy już „byłam w ogródku i witałam się z gąską”
wypowiadając nazwisko lekarza, do którego zdeklarowana jestem
przynależeć dowiedziałam się, jako i wczoraj, że niestety
numerków już nie ma, że żaden lekarz mnie nie przyjmie, ani rano,
ani po południu, ani w ogóle dnia dzisiejszego, albowiem lekarzy w
ośrodku zdrowia jest tylko dwóch na 4000tys mieszkańców miasta i
drugie tyle gminy, i niestety zmuszona jestem w dniu jutrzejszym
odbyć ten sam poranny rytuał….. i gdybym była czajnikiem, pewnie
z moich uszu poszła by para, a oczy zaszłyby mgłą….. i gdybym
miała siłę to pewnie bym się wściekła….. i gdybym miała
ochotę, to pewnie wydałabym odgłos paszczą….. ale z powodu
braku siły i ochoty zrobiłam głośniej muzykę, a do głowy
przyszły słowa….. „PKP” i zamiast „ortalion szary, chwytam
za bary” zanuciłam „kitel biały chwytam za bary i idiotycznej
twarzy wrzeszczę prosto w nos”…..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz