czwartek, 3 stycznia 2013

A to Polska właśnie.....

2 stycznia 2013, 3:12 a sen jeszcze nie przyszedł….. zamykam oczy i znowu usiłuje zasnąć….. kiedy już odpływam w krainę słodkiego, ciepłego niebycia w okolicy godziny 5:00, jak przez mgłę słyszę upierdliwe dzwony mojego budzika….. z trudem rozklejam zasnute jeszcze świeżym snem powieki….. no tak….. 5:30….. dziesięć minut zajmuje mi podniesienie się z łóżka, bo przecież ja i moje ciało to zazwyczaj rankiem dwa odrębne byty, które rządzą się swoimi własnymi prawami i to, że jeden mówi „wstaję” nie oznacza, że akurat drugi to wykona….. człapię do łazienki, odkręcam gorący prysznic i mam ochotę zasnąć pod nim, bo jest ciepło, bo mięśnie się rozluźniają, bo przykurcze idą precz….. ale nie mogę, bo przecież za kilka minut muszę wyjść….. 6:10 dopinam ubranie na ostatni guzik, biorę ostatni łyk jeszcze gorącej kawy i wychodzę na poranny chłód….. sprawdzam tylko jeszcze, czy mam dowód osobisty i przepustkę „do raju utraconego” w postaci ośrodka zdrowia….. „święty grall ubezpieczonych”, o który walczyłam z pracodawcą cały tydzień świąteczno-noworoczny, bo umyślił sobie wysłać mnie z grypą czy inną cholerą, która się we mnie zagnieździła, na kontrakt zagraniczny, nie rozumiejąc słowa „chora”….. zupełnie tak jakbym porozumiewała się w dialekcie kantońskim, mandaryńskim, albo w jakimś innym narzeczu suahili( o ile takowe istnieje)….. a ja głupia całe życie myślałam, że moją mową ojczystą jest język polski, dla mieszkańców mojego kraju zrozumiały….. 6:20….. z daleka widzę kolejkę, zupełnie jak za „komuny” i gdyby nie napis „ośrodek zdrowia w…..” to pomyślałabym, że właśnie „rzucili” kawę, albo papier toaletowy….. na drzwiach napis „otwarte od 7:00 do 18:00”, czeka mnie całe 40 minut stania na zimnym….. zachowuję maksimum spokoju i dokonuję pobieżnego oglądu współstaczy….. 40 osób w wieku podeszłym, trzech mężczyzn około 40-stki, dwie kobiety, jedna z niemowlęciem w wózku, druga z kilkuletnimi bliźniakami, które na oko nie wyglądają najlepiej, oczka mają szkliste, a z czerwonych prawie sinych nosków co chwila zwisają im zielone frędzelki….. nie jest tragicznie myślę i od razu przypominam sobie „the day after”, kiedy to też z taką nadzieją o tym myślałam….. żeby nie myśleć, wsłuchuję się w muzykę, którą zabrałam z sobą i przestępuję z nogi na nogę, bo czuję jak zaczynają marznąć mi stopy….. z zasłuchania wyrwał mnie ruch w kolejce….. zatem stało się, drzwi przychodni zostały otwarte dla mas, a tłum ruszył do okienka recepcji nie bacząc na wcześniejsze kolejności i inne tego rodzaju niuanse….. i tak ruszyli z bloków startowych w pierwszej kolejności emeryci i renciści dzierżący broń krótką(parasolki) oraz średniego kalibru (laski i kule) tratując po drodze obie matki z dziećmi….. mężczyźni około 40-stki z iście dżentelmeńską klasą ustąpili miejsca trzem statecznym paniom przyodzianym w cudnej urody moherki i naftalinowe płaszczyki….. gdzieś pod koniec stawki, raczej zgodnie ze swoją kolejnością uplasowałam się ja, zajmując jakże bardzo strategiczną pozycję stojącą, którą musiałam utrzymać przez najbliższe godziny pół….. kiedy już dowiedziałam się wszystkiego na temat prostat, wątrób, serc, nerek i żołądków współstaczy nadeszła godzina 0, dalej zwana siódmą trzydzieści….. z nieprzyjemnym trzaskiem zaczęła podnosić się recepcyjna markiza i tłum zaczął napierać na stanowiska dowodzenia pań rejestratorek….. i znowu w pierwszej kolejności ruszyli emeryci i renciści używając broni „masowego rażenia” z nie-gracją wyprzedzając kilka kolejnych „nieuzbrojonych” osób, stateczne damy napierały ciałem ku przodowi, rozpychając się walorami „przednimi”, panowie po 40-stce tym razem niewzruszeni na swoich pozycjach przypuścili atak słowny w celu uporządkowania kolejności i ustawienia matek z dziećmi na odpowiednich pozycjach, a mnie udało się obronić nie tracąc i nie zyskując swoje miejsce w ogonku, po cudowny „numerek”….. i kiedy już „byłam w ogródku i witałam się z gąską” wypowiadając nazwisko lekarza, do którego zdeklarowana jestem przynależeć dowiedziałam się, jako i wczoraj, że niestety numerków już nie ma, że żaden lekarz mnie nie przyjmie, ani rano, ani po południu, ani w ogóle dnia dzisiejszego, albowiem lekarzy w ośrodku zdrowia jest tylko dwóch na 4000tys mieszkańców miasta i drugie tyle gminy, i niestety zmuszona jestem w dniu jutrzejszym odbyć ten sam poranny rytuał….. i gdybym była czajnikiem, pewnie z moich uszu poszła by para, a oczy zaszłyby mgłą….. i gdybym miała siłę to pewnie bym się wściekła….. i gdybym miała ochotę, to pewnie wydałabym odgłos paszczą….. ale z powodu braku siły i ochoty zrobiłam głośniej muzykę, a do głowy przyszły słowa….. „PKP” i zamiast „ortalion szary, chwytam za bary” zanuciłam „kitel biały chwytam za bary i idiotycznej twarzy wrzeszczę prosto w nos”…..



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz