środa, 3 lutego 2016

Another day.....

Wycie wiatru w kominie wyrwało mnie ze snu..... chwilę po tym, słońce zajrzało w okno i moje oczy..... dzień dobry słoneczko..... dzisiaj mi świeć jak najczęściej, bo jedziemy do wielkiego miasta załatwiać mnóstwo spraw, a w pierwszej kolejności mój powrót do pracy..... 


jakiś czas się zastanawiałam, czy do niej wrócić, kiedy wrócić i czy w ogóle wrócić do tej pracy którą wykonywałam, zanim musiałam zostać w domu i czy może lepiej nie zmienić firmy..... tylko co mi da zmiana firmy?..... właściwie to da tyle co nic, a budowanie swojej pozycji w nowym miejscu pracy od zera, to chyba raczej kiepski pomysł..... raz zmieniłam firmę i wróciłam po dwóch tygodniach z uszkodzonym kręgosłupem..... mówią, że moja firma to najgorszy chłam na rynku pracy, tyle że chyba lepiej mieć ugruntowaną dobrą pozycję w chłamie który się zna, niż zaczynać od zapchajdziury i popychadła w czymś nowym..... 


zwłaszcza teraz, kiedy jestem jeszcze trochę jak jajko bez skrupki..... w sumie znam tam całą administrację,wiem jak rozmawiać, żeby osiągnąć to co dla mnie najlepsze bez większego wysiłku i szczególnych negocjacji, a jak pomyślę, że w nowym miejscu za parę groszy więcej miałabym się użerać, tłumaczyć, wykłócać, to jakoś mi się to nie widzi..... wystarczy, że ciężko pracuję i fizycznie, i psychicznie, to chyba raczej nie ma większego sensu zmieniać środowiska, w którym wiem, że już jakieś wsparcie w sytuacjach kryzysowych mam.....


i jeszcze dobrego w tym tyle, że grafik elastyczny, mogę jeździć na minimum 4 tygodnie, gdzie w innych firmach minimum to 8..... zobaczymy jak to będzie, w każdym razie do pracy wrócić muszę, bo mięsko samo do mnie nie przyjdzie..... i to już chyba nastąpi w marcu..... dzisiaj wskoczę tylko na chwilę do firmy, po materiały szkoleniowe ( w sensie do przypomnienia sobie języka)..... nie powiem, żebym miała jakiś wielki zapał do przypominania sobie germańskiego, no ale jak mus to mus, tyle że znając siebie odbędzie się to tak, że materiały pójdą w kąt, a ja z marszu wejdę na test językowy i go zaliczę bez problemu, bo grunt to się nie bać mówić, a co się mówi to już jakby nieistotne, ot taki paradoks testowy, że jak się zagada choć słowem na tematy poboczne, zażartuje, to cały test wypada elegancko, a nie ukrywam, że od znajomości języka zależy moja stawka i jakość miejsc do których jadę.....


tak mi się wspomniały pierwsze kroki na obczyźnie, kiedy to ze strachu nie mogłam z siebie wydusić ani słowa, klucha w gardle i niemoc, rany aż mi łzy pociekły z tej niemocy i złości na siebie, że przecież wiem co odpowiedzieć, przecież rozumiem co ode mnie chcą, a w gardle klucha i koniec, nie da rady..... a teraz..... jadę do zupełnie obcego kraju, w zupełnie obce miejsce, bo moja poprzednia pacjentka, u której byłam 3 lata zmarła..... i się nie boję rozmawiać, nie ma żadnych klusek w gardle, a jak tylko przekraczam granicę, to w mojej głowie otwiera się jakaś magiczna klapka i z automatu przechodzę na niemiecki..... do tego stopnia, że kiedy byłam w Irlandii, to nie raz łapałam się na tym, że zamiast po angielsku, odpowiadam po niemiecku z taką swobodą, że rozmówcy robią wielkie oczy ( wtedy zazwyczaj padało moje słynne ups sorry)..... i wcale nie mówię dobrze po niemiecku, tz. ja wiem, że nie mówię dobrze,bo mówię niegramatycznie, za to ludzie dookoła mnie twierdzą inaczej, może dlatego że nie muszą mi tłumaczyć nic na migi;)


zastanawiałam się też, czy nie znaleźć czegoś tam, tyle że to się wiąże z przeprowadzką do germańców i to na ładnych kilka lat, a znając swoją konstrukcję to raczej nie dla mnie..... przesz bym się zapłakała za Biedronami, a tak to chociaż mam je co jakiś czas obok..... no nic, zobaczymy co z tego mego powrotu do pracy wyjdzie..... jak nie spróbuję, to nie będę wiedziała, a szkoda by było nie spróbować..... 


na dzisiaj muzycznie coś łagodnego, co znam od wielu lat i stale, niezmiennie bardzo lubię..... na dobry początek dnia:)







.....jak ona fajnie kołysze głosem..... :)

9 komentarzy:

  1. Witaj cicho Sza. Chodzi o ciebie i to jest teraz najważniejsze. Dlaczego tak piszę? Dlatego, że jeśli sama o siebie nie zadbasz, przypuszczam ze nikt tego nie zrobi. Znajdą się ludzie okazujący zrozumienie, lecz cóż poza tym. Jak sama napisałaś, mięsko samo do ciebie nie przyjdzie, chyba że przypełznie:) Życzę powodzenia i ciepło pozdrawiam. Fajnie kołysze głosem.

    OdpowiedzUsuń
  2. No widzisz. Uprzedziłaś mnie bo właśnie tak się ostatnio zastanowiłem za co ty właściwie żyjesz. No właśnie. Fajnie było ale jeść trzeba. Proza życia upomina się o swoje.
    Mam nadzieję że jak wyjedziesz nie zamilkniesz. Zresztą obiecałaś.
    I nie daruję ci jak nie wrócisz.

    OdpowiedzUsuń
  3. No to teraz odpoczywaj na zapas! i odwiedzaj Biedrony! :)
    loonei

    OdpowiedzUsuń
  4. A dlaczego do Teutonii? Czemuż nie na wyspy pełne puddingu, gdzie stawka o niebo lepsza? I można na 2 tygodnie w miesiącu się wyprawiać?

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. taaakkk... nic tylko za granicę gdzie pieniążki same z nieba lecą i nic robić nie trzeba, tylko leżeć i w między czasie z nudów zbierać tą lecąca kasę :P... no i wtedy można powiedzieć, że mięsko samo przyjdzie do Ciebie ;).. my pracujący za granicą wiemy jak jest ;)
    co do języka... ja po norwesku może i nie mówię gramatycznie, ale za to bardzo szybko. Co mam do powiedzenia to wystrzelam słowami w ,,ino mig,, jak mówią moi znajomi Górale :) i niejednokrotnie słyszę od Norwegów, że za szybko mówię, a czy to moja wina, że oni za wolno słuchają?

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm, u mnie dzisiaj rano w oczy uderzyła biel. W dodatku padająca z nieba... Samochód zasypany, chodniki też. Drogi nie, bo rozjeżdżone. Zimy powrót. Czyżby na ferie?

    PS. U mnie na blogu, w komentarzu, zostawiasz błąd w adresie swojego bloga ;).

    OdpowiedzUsuń
  8. czyli, że jesteś jak jajko w takiej białej pielince, która z czasem stwardnieje? widziałam kilka razy takie, nawet trzymałam w dłoni i obchodziłam się z nim jak...z jajkiem, żeby go zbyt mocno nie ścisnąć, nie uszkodzić, takie było delikatne.
    ja też mam gulę w gardle i kluchy w gębie gdy mam mówić po obcemu. a muszę, w pracy po francusku, a jak go nie starcza to po angielsku...mówię im, żeby polskiego się nauczyli ale mają to gdzieś:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak. Grunt to mówić. A ja tam zawsze w związku z tym miałam blokadę i kluchę w gardle. No i tak dawno nie używałam germańskiego, że nawet nie wiem, czy cokolwiek z niego pamiętam.

    Taka mnie dzisiaj naszła refleksja... jak Ty pięknie piszesz, Kasieńko :)
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń