piątek, 11 marca 2016

Nie chce mi się...

no pojęcia nie macie jak mi się nie chce.....
przecież to już piątek, jakąś walizkę trzeba pakować, jakieś dokumenty z sobą zabrać, jakieś ważne telefony i adresy w razie W pospisywać, a mnie się nie chce.....

i tylko patrzeć jak za chwilę wnizę pod kocyk, wezmę kawę i książkę, albo jeszcze lepiej nic nie wezmę, a sobie zwyczajnie popadnę w drzem.... spontaniczny, ordynarny i cicho pochrapujący drzem..... nie lubię, no nie lubię jak jasna cholera tych ostatnich dni przed wyjazdem, a jeszcze pogoda przejściowa, to zupełnie nie mam pomysłu jaki garderob mam z sobą zabrać..... czy bardziej zimowy, czy bardziej letni, no bo przecież jak wezmę taki i taki to kto to będzie targał za mną, jak się z jednego autobusu do drugiego będę w środku nocy przesiadać?   jak wezmę ino letni to mi rewers zmarznie, a jak tylko zimowy to zagrzeje się i upoci, przecież nie będę rękawów koszulom odcinać..... no i jeszcze moje umilacze muszę wziąć, znaczy śpiące skarpety, offco-podusię, czerwony kocyk, new laptoka ( bo stary był umarnął) ze dwa opasłe tomiska knig, albo nawet trzy, bamboszki mocy, szlafroczek siły, suszar do herów i magiczny kubeczek, i notes na tajemne zapiski, i notes teleadresowy, i cholera jedna wie co jeszcze ..... o tym, że najpierw do autobusu wsiada cała moja apteka( która zajmuje pół przepastnej walizy), potem długo, długo nic, a na końcu ja, to już nawet nie wspomnę..... dobrze, że nie używam cudownych mazideł na zmarchy i innych okładów na rewersocelulity, bo już zupełnie musiałabym brać z sobą jakąś mega przyczepkę..... 


w takich chwilach klnę siebie ile wlezie, że mi się zachciało w te obce landy, że jakaś siła nieczysta mnie podkusiła, żeby w ogóle się z kraju protoplastów ruszać, że się mi zachciało być światową kobiałką..... a gówno tam się zachciało, życie mnie zmusiło i inne przymusy ekonomiczno-księgowe, a już nie moja wina, że w kraju przodków mych to za cholerę ani się nie utrzymam przy tych obciążeniach, które mam, ani ludzkiej pracy nie znajdę w promieniu 100km..... no przesz już to trenowałam kilka lat, że w marazm taki wpadłam, żem ledwie z niego wyszła z życiem..... ale i tak się wyklinam, no bo kurde nie lubię tego całego zamieszania i pakowania!..... i paradoks jest w tym taki, że jak już się zaczynam pakować, to mi to raptem zajmuje 30 minut, ale rozpiździaj dookoła powstaje, jakby cała horda wściekłych przedszkolaków przez zacisze przeleciała lotem błyskawicy..... 


ja chyba nie umiem inaczej, jak pakować się na ostatnią chwilę, bo wtedy na mnie jakaś jasność umysła spływa, a chociaż raz chciałabym jak człowiek, na spokojnie, bez galopu, chociaż w głowie sobie poukładać co mam wziąć, no to nie da rady..... i czasami sama siebie się pytam, po co ciągnę z sobą te wszystkie pierdoły, a później kiedy ich nie daj Bóg nie wezmę to ryczę w poduszkę, że nie mam nic miłego, do czego mogę się przytulić kiedy jest mi źle (a w mojej pracy częściej bywa źle niż dobrze) i wtedy bardzo chcę mieć chociaż kawałek zacisza tam gdzie jestem, coś czym mogę się odgrodzić od całego zła świata i chociaż na chwilę zniknąć..... kiedyś zapadałam się w mój własny wewnętrzny świat, tylko kiedy jestem tam, do nie jest dobry pomysł, pomaga na chwilę, ale później ciężko z niego wyjść i robić swoje zachowując pełną gotowość do stawienia czoła wyzwaniu.....


i zastanawiam się czasem kiedy już tam jestem, po cholerę ja to robię, że się tak umęczam i fizycznie, i psychicznie, i mam dość do wyrzygania tej całej roboty, ale kiedy wracam to wiem, że robię to po spokój codziennej egzystencji tu, w miejscu w którym prócz stagnacji, biedy, marazmu, roszczeniowych zachowań społeczeństwa i przepięknych widoków nic więcej nie ma, czy może inaczej, nic więcej nie widać w tym małomiasteczkowym przytłoczeniu i przybiciu, kiedy się tu jest non stop i przygląda temu galopowi dookoła..... trochę masło maślane, ale rozumni jesteście to zrozumiecie;)


a w ogóle, to coś ostatnio za dużo fizolofuję..... pewnie ze strachu, że sobie nie poradzę i że za bardzo chcę sobie poradzić, ta roczna przerwa w pracy jednak zrobiła swoje i serio już dawno nie miałam pietra jadąc do roboty, a kiedy przeczytałam dokumenty i okazało się, że wszystko jest nie tak jak było mówione, to już w ogóle blady strach na mnie padł..... i samą siebie przekonuję, że będzie dobrze, że jak coś to wrócę, ale gnida wstrętna strachowa dzwoni gdzieś z tyłu głowy i chociaż ją odpycham jak najdalej mogę, to wyłazi za każdym razem jak pomyślę o walizce, wyjeździe itp.....


i z tego wszystkiego, to chyba jednak jakiś obiad zrobię, bo mielone mnie nie pogryzą, a surówka z rzodkiewek brzmi tak kusząco, że łagodzi syndrom kombeknięcia do arbeitu;)

dzisiaj wyjątkowo będzie bezmuzycznie, bo aktualnie prócz wszystkich dylematów, żaden dźwięk mi po głowie nie tupta;)

9 komentarzy:

  1. noooo ja przed każdym wyjazdem mam "raisefiber" nawet przed większymi zakupami, choć natężenie i kierunek tej "choroby" zależy od rodzaju czekającej mnie podróży....
    Życzę szybkiego i akuratnego spakowania z chęciami!
    Loonei

    OdpowiedzUsuń
  2. poradzisz sobie Sza, poradzisz:) co do ciuchowego pakowania nie pomoge ale reszta przydaśków jest niezbedna:) trzymaj sie i dawaj znac co u Cie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. O raju... Jak bym siebie widziala hhaha. Sek w tym, ze ja tak lubie wlasnie.
    I dobrze mi z tym ;)

    Powodzenia wiec, niech pakowanie lekka koniecznoscia bedzie. Najwazniejsze, zebys nie zapomniala niczego niezbednego, zwlaszcza tych najmniejszych drobiazgow! Chocby sie tylko raz przydaly! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. No ja ci się wcale nie dziwię że ci się nie chce. Przez ostatnich kilka tygodni żyłaś sobie swoim tempem i swoim światem. A to bardzo fajne życie. I tak prawdę mówiąc tak życie powinno wyglądać. Ale niestety. Jak się na jako takim poziome chce egzystować to trzeba też zapierdzielać. Wytrzymaj te dwa miechy. Wrócisz na majowe i będzie lepiej. A eurasów musisz zarobić całe walizki żeby na ziemniaki z ogniska dla mnie starczyło. A smaka mam na nie jak smok wawelski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no powiem Ci, że po lekturze u Bialutkiej to mnie ten Smok kusi;)aż w głos się zaśmiałam:))

      Usuń
  6. To, że czujesz niepokój przed wyjazdem jest naturalne...W końcu jedziesz do obcego kraju, do nieznanych Ci ludzi...Wiesz po co tam jedziesz. Pieniądze mają Ci umożliwić godne życie tu. Znaleźć legalną i dobrze opłaconą pracę w naszym zawodzie w Polsce jest trudno wiemy to obydwie. Ty masz możliwość , więc głowa do góry Kaś. Zresztą obiecałaś Erowi pieczone ziemniaki ;)Przytulas ciepły:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojej... Chyba przez moje wczorajsze imprezowanie nie zdążyłam pomachać Ci na pożegnanie :/ Trzymam kciuki za Ciebie, Kasiu. Będzie dobrze. Musi być :)

    OdpowiedzUsuń