piątek, 8 lipca 2016

Co by tu.....

Powoli wracam do siebie..... 

tyle, że moje przewspaniałe ciałko, jeszcze nie..... obolałe jest, siniaki schodzą powoli, ale to nic..... pozagaja się wszystko.....


psyche jakoś też dąży do równowagi, wraca mój śmiech i humor, tyle że.....


no właśnie..... tyle,że ogrom pracy mam domowej i chociaż pogoda mi sprzyja bo nie ma upałów, to ta obolałość już zupełnie wcale.....z szafą jakoś szybko poszło, no to co będę siedzieć? wezmę meblościankę wymyję..... brawo ja, tyle że meblościanka wysoka na 2,70 tom się wspięła na drabinę..... i tak skakałam po niej jak małpa w górę i w dól, a dzisiaj mam efekty w postaci bólu pleców i ramion, i coś mi się wydawa, że jeszcze dzisiaj będę biegła do apteki nabyć leki na paskudę, chociaż regulaminowo powinnam zrobić przerwę w ich przyjmowaniu, mimo nasilenia.....


na biwak jadę w niedzielę ( chyba, że mnie Leśna w sobotę już wytarga z domu), a tu pogoda zupełnie nie biwakowa..... leje, wieje grzmi i burzy, i wcale nie nastraja do biwakowania, bo co to za przyjemność targać z sobą zimowy zestaw ubraniowy, przeciwdeszczowe zapasy folii, grube swetry, kalesony i skarpety, skoro lato jest.....a odpocząć muszę, bo inaczej się wykończę.....


któregoś dnia rozmawiałam z moją koleżanką ze wsi mej, na temat mojej paskudy..... bo się biedna naczytała w necie, co to za cholera i jak się objawia i możliwym jest, że i ona ją zaposiadła..... i tak pomyślałam, że sprawdzę, co też tam ci mąndralińscy wypisują w tych internetach..... i zaskoczyło mnie jak wiele informacji można znaleźć..... a pamiętam ten czas kiedy naście lat temu ja szukałam i były tylko jakieś strzępki informacji i domysły co to jest i jak się leczy..... i strach był..... ale przy okazji wpadłam na info o objawach nasileń i trochę się uspokoiłam, bo możliwe, że moja arytmia to z nasilenia się wzięła, a nie ze stresu i nie dali Bóg jakiejś choroby serca..... jeśli tak jest, to powinna minąć wraz z nasileniem, tylko pytanie kiedy..... bo na czas obecny to sobie cała paskuda hula jak chce i pewnie trochę to potrwa..... na razie jest progres, bo zaczynam podsypiać w dzień..... a to godzinkę do południa, a to dwie popołudniu, ale śpię, drzemię, odpoczywam.....


tylko później to zupełnie jestem, jak jakiś wytrącony z lotu nietoperz..... błąkam się po kuchni jakbym szukała wczorajszego dnia, albo wychodzę na spacer ( czytaj zjeść coś "na mieście") po czym zupełnie nie mam siły iść i wracam do domu po 200 metrach..... na gotowanie w domu nie mam ani siły, ani weny, poza tym kto później przerobi te kilogramy i litry, kiedy mój apetyt bywa chwilowy?.....


ależ marudzę, a miało być dzisiaj o czymś innym..... tyle, że mi się wątek urwał i zapomniałam co to miało być.....


a już wiem!
o jedzeniu miało być, jak to we wsi mej się dba o klienta i jakież to smakołyki się mu serwuje.....


nie wiem czy pisałam wam, że na początku roku we wsi mej otworzono pierogarnię..... w menu pierożki w różnych odsłonach, ceny nawet przystępne, dania dnia i zupy, a na dodatek menu dla dzieci, czyli jakieś tam naleśniczki, placki ziemniaczane itp.....


spróbowałam pierogów ruski raz - pyszne, drugi raz - też pyszne, a przynajmniej warte swojej ceny 10zł za sztuk 8 dużych..... no to polazłam ze 3 dni temu zjeść tych ruskich..... słonko świeciło, pogoda nawet przyjemna, nie za gorąco..... wchodzę do pierogarni i pierwsza zmiana jaką widzę to młodzież za ladą i młodzież krzatająca się w kuchni..... na dzień dobry usłyszałam, że czekać trzeba długo, bo dużo ludzi..... rozejrzałam się dookoła i naliczyłam osób 5 oczekujących na swoje dania..... usiadłam na powietrzu przed pierogarnią i czekam..... 5 minut, 10, 20 i zaczynam się irytować, bo wszyscy już dostali swoje jedzenia, a ja jeszcze nie..... no ale cóż, mówili że długo to czekam cierpliwie..... i w końcu są, moje pyszne pierożki, okraszone smażoną cebulką..... biorę widelec i nóż, wbijam sztućce w jednego, biorę kęs i..... to niemożliwe, biorę drugi kęs..... co jest do cholery, ciasto surowe czy jak?..... dłubię w pierogach, w każdym jednym z 8 sztuk i mało mnie krew nie zalewa..... jestem głodna i zła, biorę talerz, stawiam na ladzie i żądam zwrotu zapłaconych pieniędzy..... na zdziwienie pani i pytanie z gatunku "ale o co chodzi" tłumaczę, że zamawiałam pierogi ruskie, a nie pierogi z samymi ziemniakami, bo ziemniaki to ja mam w domu..... i pewność mam, że gdybym nie rozdziabała wszystkich pierogów, to poszłyby dalej, do następnego klienta..... dobrze, że pieniądze mi oddali bez szemrania.....

kiedy wychodziłam zaczepił mnie zbulwersowany pan, który na swojego placka po wegiersku czekał minut 45 i w efekcie dowiedział się, że ciasto na placek jest jakieś dziwne i efekt finalny się nie udał, więc musi poczekać drugi raz tyle na kolejny..... od razu pomyślałam, że im ciasto na placek skisło, bo było wczorajsze..... i tak sobie pomyślałam, jak to niewiele trzeba, żeby z całkiem dobrze zapowiadającego się bistro, zrobić wielką plajtę..... już minęły te czasy, że ludzie płacili za byle co i jedli to byle co bez mrugnięcia okiem..... już ja tam jeść nie wrócę, choćbym miała suchy chleb jeść i przyszłości wielkiej to im nie wróżę, a szkoda, bo sezon we wsi dopiero się zaczyna i mogli zrobić całkiem dobry interes.....


dzień później, nauczona doświadczeniem, poszłam gdzie indziej..... lokal nowy, niedawno otwarty, akuracik w czasie mej nieobecności..... no to sobie myślę " a wejdę, zobaczę co też dobrego mają w karcie"..... na dzień dobry przywitała mnie nazwa "kuchnia polska" i wystrój zupełnie z dupy wyjęty..... ściany zielone, dziura w suficie niebieska, meble rdzaworude, drewniane ze srebrnymi kutymi, żelaznymi nogami, a do pełni tego kiczu, na ścianach fotografie z epoki lat 20stych, na jednej z nich sam Bodo, w scenie lokalowej z filmu ( tytułu nie pamiętam, ale z Zulą Pogorzelską sobie tam stolikował).....  w lokalu totalna pustka i echo własnych kroków, które przeraża..... dwie nastoletnie barmanko kelnerki, które robią na zapleczu taki rejwach i hałas, że całkiem nieprzyjemnie się siedzi w oczekiwaniu na jedzenie, a karta potocznie menu zwana zionie mało atrakcyjną ofertą..... no dobra umówmy się, że może nie mało atrakcyjną a skromną, niech im będzie..... ceny jakby normalne za schabowego czy mielone, ale.....


zamówiłam schaboszczaka, z ziemniaczkami i surówką, w gratisie dostałam dzbanek kompotu jabłkowego..... zapłaciłam 14zł i czekam..... chwilkę dosłownie, może 5 do 10 minut, które mi zleciały na obserwacji miejsca..... mimo informacji nad barem, że obowiązuje samoobsługa, przyniesiono mi jedzonko do stołu i..... znowu się rozczarowałam..... schabowy wyklepany na plasterek, takiej grubości, że nawet przez panierkę słońce widać..... może miał 30gram, razem z tą panierką, obrzydliwą z resztą w smaku..... nie wiem jak wy, ale ja lubię schabowego w bułeczce, wysmażonego na złoto, soczystego i takiego mniam, a dostałam ten plasterek, w przypalonej, ociekającej tłuszczem pseudo panierce z jajka i mąki, do tego ziemniaki jakieś takie w kostkę pokrojone i w niektórych miejscach przyjarane, od polegiwania w podgrzewaczu cały dzień..... surówka z pekinki prosta, ot taka kapustka w paski pokrojona, z majonezem, ale kukurydzy do tego mi dali całą puszkę, jakbym jakaś kura była grzebiąca, co to nosić się będzie toną jajek..... i żeby dopełnić to wszystko, bo wiecie coś zielonego na talerzu musi być, na ziemniakach tona mokrego, zamrożonego koperku, który bardziej odstraszał niż zachęcał do jedzenia..... 


zjadłam, bo głodna byłam okropecznie, ale refleksja mnie naszła..... że coraz więcej ludzi, zabiera się za biznesy, o których bladego pojęcia nie ma..... przez chwilę się czułam, jak jakaś Gesslerowa, albo inna Okrasa, że o Marku Rossinie nie wspomnę, no ale przecież nie będę się dawała robić w ciula..... i powiem wam, że gdyby nie moja wrodzona niechęć do gotowania, takiego wiecie co to jest obowiązkiem, bo rodzinę trza wykarmić, na określoną godzinę itp, itd, to otworzyłabym w tej zapadłej wsi jadłodajnię..... już nawet Smokowi powiedziałam, przyjedź, otwórz, zakasuj ich tym co gotujesz, bo ja tu z głodu umrę..... knajpie wyżej wymienionej wróżę szybką plajtę, bo człowiek przyjdzie raz, może drugi i kiedy znowu się natnie na szit za 15zł, to się zawinie na pięcie w tył i pójdzie do kebaba, który nota bene jest samczny, ma dobre, świeże surówki do wyboru i obsługę, która wie co robi, nawet kiedy w kolejce zamawiających tłum.....


i żebym nie wiedziała, że da się gotować smacznie, za małe pieniądze, to może bym nic nie powiedziała, pokornie spuściła głowę, zjadła i podziękowała, a na drugi dzień znowu przyszła, ale wiem, że się da, bo jadam w takim miejscu zawsze, jak tylko jestem w powiecie ( czyli 20km dalej) i nie było ani razu, że wyszłam głodna, zła czy niezadowolona.....


i tak sobie myślę, że gdybym nie miała takiego wstrętu do gotowania z musu, to miałabym miejsce pracy, na lata całe i nie musiałabym się tułać po świecie, bo wbrew powszechnej opinii ekspertów uważam, że żeby prowadzić biznes gastronomiczny nie trzeba mieć tytułu mistrza patelni i Bóg jeden wie ile lat praktyki, trzeba przede wszystkim myśleć i mieć podstawowe pojęcie o gotowaniu..... i wyznawać zasadę, że smaczne ma być zawsze, o każdej porze, a nie tylko na początku, żeby ludzi ściągnąć..... żeby smacznie gotować nie trzeba mieć pokończonych gastronomicznych szkół na całym świecie, wystarczy mieć do tego serce i karmić ludzi tak, jakby samemu się chciało być nakarmionym..... a jeśli ktoś nie ma bladego pojęcia w temacie gotowania wody na kawę czy zupy pomidorowej ze świeżych pomidorów, to niech się za to nie bierze, bo tylko wywali pieniądze w błoto.....


ciężkie czasy dla mnie nastały, bo będę musiała wyciągnąć te znienawidzone garnki z szafki, stanąć do nich przy kuchence, a później przejadać te ilości, które nagotuję przez kilka dni..... a miało być tak przyjemnie..... ;)






.....i tak to mniej więcej, we wsi mej wygląda....
( w obrazku lekcja poglądowa videło)





źródło zdjęcia - internet.

11 komentarzy:

  1. Szkoda, że blisko nie da się smacznie zjeść! Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oby jednak pogoda się biwakowa bardziej zrobiła:) Trzymam kciuki!

    Wychodzi na to, że lepiej sobie kupić mrożone pierogi...

    OdpowiedzUsuń
  3. wiesz dlaczego ja nigdy nie jadam w absolutnie żadnych knapjach a jeżeli już to mega rzedko i od wielkiego dzwona - moja matka niegdyś pracowała w sanepidzie....jesu jakie ona niekiedy milionowe kary naliczała a jakich rzeczy się tam naoglądała zawsze opowiadała mi wszystko z najsmakowitszymi szczegółami. miałam obczajone miejsca do których można jeszcze od biedy iść a których lepiej unikać.


    ale i tak mam uraz psychiczny do knajp;)))))))


    chcę być zdrowa i chcę żyć. dlatego zakasujuę rękawy i gotuję sobie sama.

    OdpowiedzUsuń
  4. Słusznie prawisz, gotuj sama, robisz to fantastycznie...mniam ten sum ...poemat. Wciąż go pamiętam:)
    A teraz kończę już i biorę się za pakowanie, zdejmowanie sprzętu i takie tam inne sprawy. Jest szansa, że przyjadę po Ciebie jutro, więc bądź gotowa do drogi ;)Ściskam a Julia pozdrawia:)

    OdpowiedzUsuń
  5. musisz założyć krawat
    klient w krawacie jest mniej awanturujący się
    a biwaku jestem ciekaw, jak i gdzie biwakujesz, no i jak tak cierpiące ciało dało radę ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. tu, w mieście mym, znam tez kilka takich miejsc, które np. z jakości przeszły na ilość, albo takich których właścicielom się wydaje, ze mogą jechać na opinii sprzed roku. byłam kilka miesięcy w takiej knajpce. kiedyś dużo i pysznie. teraz nie dość, ze czekać trzeba było na żarcie dłuugo, to w dodatku mierne, każdemu przy stoliku przyniesione w różnym czasie. smaczne wcale. byłam więc tam ostatni raz.
    a jak tam biwakowanie? na pewno świetnie. innej opcji nie ma :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj cicho Sza. Jednak potrzebny jest tobie ten wypoczynek. Chcesz, czy nie to jednak pomarudziłaś trochę:) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  8. hoop hoop.. Jest tam Sza? Pogoda była nie bardzo biwakowa, ale zaczyna sie poprawiac..chyba :)

    OdpowiedzUsuń
  9. ale za to na biwaku można zrobić jakąś kiełbaskę na ognisku, ugotować pomidorową na konserwie, a w plenerze będzie to smakować tak, że niech się wszystkie bistra chowają :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Pozdrawiam z Rowów! Cieszę się nicnierobieniem. Życzę Ci samych przyjemności!

    OdpowiedzUsuń