najpierw doteleptałam się do powiatu, później z dwoma przesiadkami do Inowrocławia, przy czym w Bydgoszczy załapałam się na półgodzinne opóźnienie intercitka, a po następnej pół godzinie wysiadłam na dworcu PKP w pięknym mieście Inowrocław.....
wsiadłam w taxi i podjechałam do hotelu, a jedynym moim pragnieniem było wskoczyć pod prysznic i zmyć z siebie tę podróż, która mnie ukleiła żarem lejącym się z nieba..... pierwsze wrażenie z Willi pod Różami było nawet, nawet przyjemne..... miła obsługa w postaci wąsatego pana, o niemal idealnych kształtach, szybkie załatwienie formalności i uzyskanie informacji, i już mogłam wskoczyć do czystej łazienki i odświeżyć swe ciałko nadobne przed jednym z najfajniejszych wydarzeń w roku.....
expresowa zmiana garderoby na rockserwisową koszulkę i ukochane bojówki i tadam! lecę na podbój miasta, tylko co Sza mogła zrobić w zupełnie nowym mieście, w którym jest pierwszy raz, zupełnie sama?..... tak! jedyne co mogła zrobić, to oczywiście się odrobinę zgubić..... zgodnie z planem Sza sobie przeszła trzy przecznice i zamiast skręcić w lewo polazła prosto przez jakieś krzaczory, wykop i alejkę parkową i trafiła zamiast do Teatru Letniego, na muszlę koncertową..... no ale nic to, jak już Sza tam polazła i zobaczyła, że jest w samym środku parku zdrojowego, to postanowiła iść na tężnie, o, te oto dokładnie.....
powdychała sobie Sza trochę solanki, połaziła, porozglądała się i powiem Wam zaskoczona byłam, że nikogo ze znajomych nie spotkałam, a wypatrywałam dosyć intensywnie, aż w końcu dodzwoniłam się do jednej takiej Wesołej Blond i postanowiłam wyjść ku niej rozglądając się dalej.....
i w końcu na mostku, tym tu powyżej wlazłyśmy na siebie, a mimo tego, że widziałam ją realnie pierwszy raz od razu poznałam, bo taki ma uśmiech, że gdyby nie uszy to miałaby go dookoła głowy:)
przeszłyśmy się jeszcze kawałek, zrobiłyśmy sobie razem kilka zdjęć i podążyłyśmy do Teatru Letniego, po drodze orientując się w topografii, jak się okazało to całkiem niewiele się zgubiłam i w jakieś 5 minut dotarłyśmy tam bez większego problemu na chwilę przed 16-stą.....
zajęłyśmy miejsce w kolejce do wejścia i pierwszą osobą prócz Wesołej Blond, którą zobaczyłam i poznałam bez większego problemu był Nawracacz..... i chyba to był ten pierwszy moment, w którym poczułam się jak..... w domu..... dziwne uczucie, ale tak właśnie było, bo atmosfera przyjazna bardzo, tak bardzo, że miałam wrażenie, że wszystkich znam, że nie było mnie z nimi tylko chwilkę, że owszem ich twarze się trochę pozmieniały, ale wszyscy są znajomi..... czasami miałam niezły ubaw, kiedy próbowałam dopasować osobę, do twarzy którą znam ze zdjęcia i kiedy później, już po powrocie do domu, wpadałam na to, że przydarzyła mi się wielka "fopa" powiedzieć do jakiegoś redaktora naczelnego, jakiegoś znanego wydawnictwa " cześć Łysy"..... na moje szczęście redaktor jest wyluzowanym osobnikiem, z dużym dystansem do siebie i do świata i razem się z tego śmialiśmy :)
powoli zaczęła się zbierać reszta towarzystwa i właściwie przez cały wieczór poznawałam kogoś nowego, albo witałam kogoś z kręgu moich rockserwisowych znajomych.....
Sam Teatr Letni to niewielki obiekt, ale wypełniony był niemal po brzegi.....
no i zaczęło się..... o ile na Agusie grzałam ławkę przez chwilkę, a później poszłam na łowy z aparatem ( który okazał się całkiem dobry, tylko umiejętności fotografa i jego trzęsące się ręce sprawiły, że większość zdjęć jest nie do oglądania), o tyle w połowie koncertu Agusy dopadł mnie szwendacz i energia zaczęła mnie roznosić..... najfajniejsze było to, że muzyka mnie obrastała z każdej strony i czułam ją każdą komórką..... doznanie, które tak dokładnie znam z bezsennych nocy, ale jakby odwrotne, bo w te noce właśnie muzyka obrasta mnie od środka..... a tu niemal mnie unosiła nad ziemią do tego stopnia, że prawie lewitowałam tanecznym krokiem..... sam koncert Agusy trwał ok. godziny i zawierał bagatelka 4 utwory improwizowane do wypęku.....
i można by pomyśleć, że w przerwach między koncertami poszczególnych wykonawców Sza odpoczywała..... ha! nic bardziej mylnego! bo kiedy Sza usłyszała swoje ulubione Ananasy, o te tutaj poniżej ( klik w obrazek).....
to zaczęła "latać" już maksymalnie i gibać się, i kręcić rewersem, i śmiać i bawić na całego..... i gdybym nie była taka wstydliwa, to pewnie tańczyłabym w transie, jak Derwisz na samym środku widowni Teatru Letniego, no ale aż tyle śmiałości nie miałam, więc to zadanie na kolejny Ino-Rock.....
później na scenę wszedł Dungen, którego zdjęć własnych nie posiadam z przyczyn wymienionych wyżej..... chłopaki wymietli, a zwłaszcza wokalista, flecista i klawiszowiec w jednym..... mniej więcej w połowie koncertu dostał takiej energii, że biegał po scenie, skakał, szalał i do tego wszystkiego grał na tamburynie i nie tylko, a Sza niedaleko sceny, z wesołym towarzystwem tuptała,gibała się, popadała w trans i odlatywała kiedy tylko poczuła basy, które z tych ogromniastych głośników uderzały w każdy milimetr skóry tak, że włoski na rękach stawały dęba:) i tak przez kolejną godzinkę..... a później znowu przerwa i Ananasy i jeszcze do kompletu Riversidy i #Addicted
a Sza ciągle taneczna, energetyczna, uśmiechnięta..... totalny odpał;) no ale to, że jestem wariatką wiedzą wszyscy, a jak nie wiedzieli, to się dowiedzieli;)
aż w końcu przyszła pora na Anekdoten i już nie wytrzymałam..... gibałam się pod samą sceną, zaraz przy barierce, a na przeciw mnie pan ochroniarz z wyrazem twarzy pt."niech ten łomot się wreszcie skończy"..... znudzony był straszecznie, a ja zupełnie odwrotnie..... pląsałam w towarzystwie znajomych, a pląsałam tak bardzo, że miałam miejsce dookoła siebie na odległość pół metra, to z jednej strony bardzo dużo na koncercie, a z drugiej bardzo mało, bo nie raz miałam ochotę rozłożyć ramiona i polatać, a tu nie ma jak psze państwa, bo można sąsiadowi oko wydłubać niechcący..... i nie miało znaczenia nic, ani to że w pewnym momencie nawaliło nagłośnienie i koncert szedł jedynie z odsłuchu u muzyków ( btw. owo nagłośnienie było niesamowite skoro dało radę zadowolić cały Teatr Letni i pół okolicy) ani to, że pot się ze mnie lał ciurkiem, bo od godziny 15 z kawałkiem, jak założyłam świeży garderob to nie mogłam w żaden sposób ochłonąć, ani to że współtupacze ( czytaj płeć męska) chcieli mnie wrzucić na scenę w charakterze omdlałej z zadowolenia fanki, tudzież namówić mnie do ściągnięcia bielizny i rzucenia nią w gitarzystę;) klaskałam, tupałam, dałam się zahipnotyzować muzyką, gibałam się..... szaleństwo maksymalne:)
a później Lacrimosa i jakby mój lekki zawód..... tz. widowisko fantastyczne, bardzo teatralne jak to u Lacrimosy bywa, tyle że mój odbiór całkiem inny..... chyba z nich wyrosłam, więc nie było z mojej strony ochów i achów, ale to nie znaczy, że nie było przyjemnie..... tyle że już ten koncert oglądałam na siedząco, trochę spacerowałam w trakcie, trochę pogadywałam z ludkami.....
pogadanki z ludkami, to coś, czego bardzo mi tam brakowało z powodu czasu, braku czasu na spokojne pobycie z sobą, pośmianie się, połażenie nocą po parku zdrojowym..... część z nas miała pociągi i autobusy zaraz po koncercie, więc się wzajemnie poodprowadzaliśmy po hotelach, a reszta czyli ci odjezdni podążyli na dworce..... i na świeżo po Ino-Rocku wszyscy zgodnie doszliśmy do wniosku, że za rok, zostajemy całą grupą na dwa albo 3 dni, w jednym hotelu właśnie po to, żeby nie było problemu ze zdążeniem na pociąg, czy błądzeniem odprowadzając kogoś, bo wtedy zyskamy czas na pogaduchy, spacery po parku zdrojowym i posiadówki.....
tak oto wyglądał mój Ino-Rock 2016, 9-ty z kolei dla organizatorów, dla mnie pierwszy, inauguracyjny jako uczestnika koncertów (po baaaardzo długiej przerwie) w ogóle..... wróciłam do domu z całą masą ciepłych wspomnień i mega pozytywną energią, którą miałam nadzieję tam spalić, a okazało się, że ją pomnożyłam..... mam nadzieję, że chociaż odrobinę z niej ode mnie wzięli moi współtupacze..... i najlepsze w tym wszystkim jest to, że z odpowiednimi ludźmi takie pierdoły jak upał, niewygody w PKP czy dolegliwości cielesne nie mają zupełnie znaczenia, bo najważniejsza jest pasja która łączy, wzajemny szacunek i radość z każdej chwili.....
to pisałam ja:) Wariatka z ADHD - Sza...
Ps. zdjęcie Ananasów i okładki pochodzą z internetu i nie są moją własnością, natomiast pozostałe zdjęcia tu zamieszczone ( prócz podlinkowanych) jak najbardziej tak..... podobieństwo do miejsc i osób jest jak najbardziej zamierzone :)
Wam życzę pozytywnego dnia, a ja wracam do Ananasów, skoro już mnie trzymają jak w termosie od soboty, to dam się pokołysać ;)


Witaj cicho Sza. Jednak miałem rację, muzyka jest lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Odrobinę się zgubić, to przecudne:) Za to odnalazłaś się w muzyce i to jest to czego potrzebowałaś. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńoczywiście, ze tak. z odpowiednimi ludźmi wszelkie niewygody po prostu przestają mieć znaczenie. cieszę się, ze na takich trafiłaś.
OdpowiedzUsuńuśmiechałam się czytając tą relację. a Twoja energia aż biła mnie po oczach :))))
super. ja już dawno nie byłam na żadnym koncercie, a jak tak o tych tupaniach, pląsach... , to nabrałam wielkiej ochoty :))
dzięki za Twoją relację muzyczno-słowno-zdjęciową i za zacnego przewodnika :))
jak cię czytam to mam ochotę za rok pojechać;))
OdpowiedzUsuńCzasem zgubić się - oznacza odnaleźć :) Cudownie, że się tak świetnie bawiłaś :))
OdpowiedzUsuńWiedziałam że tak będzie.
OdpowiedzUsuńCzułam że mimo jakiś wewnętrznych drobnych obaw i tak się tam odnajdziesz.
Nie było innej opcji.
Rockowe serca to wielkie serca .
Zazdraszczam widoku długowłosych na scenie.
Eeeehhhh.... cicho bo się rozmarzylam :))))
Wiedziałam że tak będzie.
OdpowiedzUsuńCzułam że mimo jakiś wewnętrznych drobnych obaw i tak się tam odnajdziesz.
Nie było innej opcji.
Rockowe serca to wielkie serca .
Zazdraszczam widoku długowłosych na scenie.
Eeeehhhh.... cicho bo się rozmarzylam :))))