po tygodniu w podróży z międzylądowaniami.....
kiedy w końcu doturlałam się do domu, pomyślałam o kolejnej Sparcie w +10 celsjuszowych z uśmiechem.....
od razu wyjęłam z torby moją nową, puchatą piżamkę, która ogrzewa samą swoją miękkością i pomyślałam o minie Smoka, na widok jej koloru..... fakt, nie jest moim ulubionym, bo jedyny słuszny kolor to czerwony, a następnie zielenie ( te oczojebne są niemal zakazane) i brązy.....
wróciłam z mnóstwem emocji, przemyśleń, wniosków, z lekkim rozczarowaniem, które po chwili zastąpił głośny śmiech.....
może zacznę od tego, że się nie udał koncert, bo się nie odbył..... organizator w sensie Progresja, też odrobinę nawalił, ale na szczęście koncertowa ekipa jest niezawodna i informuje się wzajemnie o wszelkich newsach i suprajsach pocztą mniej lub bardziej pantoflową.....
w zamian za to było spotkanie w zacnym gronie, mnóstwo śmiechu i żartów, skromne upominki dla siebie wzajemnie i czas, który tak szybko minął, że nawet człowiek okiem nie mrugnął, a już wybijała północ.....
a po nocy, długa droga do domu i mnóstwo czasu na przemyślenia i inne poboczności, i tęsknoty..... tęsknoty, bo właściwie zaczęłam tęsknić zanim wyjechałam do domu.....
a w Szato właściwie nic się nie zmieniło, poza kilkoma małymi elementami "krajobrazu", których przybyło przed i w czasie mojej nieobecności..... pewnie o nich wspomnę przy najbliższej okazji, bo na teraz i tu się mnie nie chce..... naturalny chaos mam w głowie, bo jeszcze emocje nie opadły..... muszą się poukładać..... smutek tylko mam jeden, ale to nic..... i on się poukłada z czasem..... może zaprocentuje, a jeśli nie to przecież świat się nie zawali.....
trzeba mi dzisiaj pochodzić po wsi mej przecudnej, a łatwe to to nie będzie..... deszcz sobie padał i zamarzał, a jak tak sobie zamarzał to wszystko pokryło się taflą lodu..... i zastanawiam się czy lepiej nie będzie mi ubrać łyżew na ten spacerek, tylko że dawno już z nich wyrosłam i z tego co pamiętam komuś je oddałam, ale komu?..... dawno to było, kiedy Sza kręciła piruety i spędzała dnie na lodowisku w zimowe ferie, a lodowisko nie byle jakie, nie jakieś tam stadionowe, a prawdziwne, podwórkowe, wodą z piwnicy i długasnym szlauchem powołane do zamarznięcia.....
wróciłam do tego co tu, do rachunków, telefonów, jakichś tam spraw mniej lub bardziej ważnych, do zawodowej ruletki, terminów i sprawozdań, i do rozmów z Leśną..... których mi brakowało, tyle że chyba chciałam się za nimi stęsknić, bo człowiek jak tęskni to dużo więcej widzi..... i jest coś,co mi gdzieś dzwoni z tyłu głowy, nie na tyle żeby nie dawało spokoju, ale na tyle intensywnie, żeby wracało jak bumerang i zahaczało myśli między pomiędzy.....
zostańcie sobie weekendowo z muzyką ode mnie, do kocykowania i zalegania, wygrzewania się z herbatką lub bez, a ja przewentyluję głowę na świeżuśkim i może wymyślę jakieś rozwiązanie bez rozwiązania..... takie epokowe odkrycie, eurekę na miarę obecnych czasów i okoliczności ;) Niech starosłowiańskie HOUK będzie z Wami ;)
..... fajnie kołysze.....

trochę smutne wracać do pustego domu. gdzie tylko kurz czeka.
OdpowiedzUsuńoby ta miękkość piżamki utuliła twoje smutki razem z ciepłą herbatką
Ty w tej piżamce to musi być całkiem ciekawy widok :) Uważaj na siebie na tym lodowisku. Dobrego tygodnia od jutra!
OdpowiedzUsuńI ja lubię sobie z Tobą pogawędzić a i porozmawiać poważnie także :)...ale muzyki odtworzyć nie mogę ...a już się nastawiłam ;)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że jednak nie wyszłaś na to lodowisko . Wędrowiec mówił ,że Cezarowi łapy rozjeżdżały się na cztery strony świata...Przytulam :)
Wojaże wojażami, ale dobrze jest wrócić do domu. Nawet jeśli stoi pusty, to przecież jest znajomy i swój.
OdpowiedzUsuńCo do łyżew, a kto ci zabroni kręcić piruety i dziś? ja tam kręcę...tzn próbuję, ale w już kasku. Następny raz głową lodowiska nie chcę przebić ;).