środa, 15 lutego 2017

TOOLowanki zamiast walentynek, a to wszystko z miłości do ..... siebie?

 minął jakiś czas, odkąd grzecznie tuptam każdego dnia do ośrodka zdrowia we wsi mej przecudnej..... a wszystko za sprawą mojego "kozackiego szczęścia".....


bo jeśli ktoś może w sezonie grypowym mieć tylko lekki katar i skromne 37 stanu podgorączkowego, to oczywiście tylko ja..... i równie oczywiście po dwóch tygodniach może się dowiedzieć, że te skromne 37 i katar, to nic innego jak grypa bezobjawowa, która cichcem i boczkiem, zupełnie amuzą przeistacza się w pogrypowe powikłania, w postaci obustronnego zapalenia uchów.....


dla kogoś, kto żyje i karmi się muzyką od zmierzchu do świtu i dalej do zmierzchu, to prawdziwa kara, dramat i nie wiem co jeszcze..... zakaz głośnego słuchania muzyki i szereg różnych innych zakazów, kłucie, dźganie i wiercenie w uszach z taką siłą, że każdy najichszy dźwięk jest tak silny, że jak walnie bębenkiem o kowadełko, to aż mi się strzemiączko odpina... to sto różnych zakazów i zaleceń, których pokornie przestrzegam, no bo jakby ten no, plany mam muzyczne, ale o tym sza... bo wiadomo - kozackie szczęście ;)


więc tuptałam sobie ostatnie dni,po lodzie,niemal na kaczych łapach ( chociaż wcale wyglądem nie przypominam pokurcza z TV) na codzienny koktajl mołotowa w postaci penicylinki z polbicylinką, wtłaczanej monstrualnej wielkości strzykawą, w mięśnie mego jakże zacnie cudownego rewersu.....


i kiedy tak tuptałam,myślałam sobie o 14-stym lutego ( pewnie wyglądałam jak smerf maruda pt. " jak ja nie cierpię walentynek)..... wcale nie dlatego, że jestem sama, bo paradoksalnie nie jestem..... mam dookoła kochających i kochanych ludzi..... a raczej dlatego, że już kilka dobrych lat temu, wymyśliłam sobie, że to będzie mój dzień..... właściwie każdy dzień jest moim dniem, ale ten jest dla mnie szczególny od kilku lat..... dlatego, że wolę kochanie na co dzień, a nie od święta.....


najpierw onegdaj był swego rodzaju żałobą, nauką akceptacji i zrozumienia dlaczego..... później akceptacją pewnego rodzaju umierania..... umierania marzeń,pragnień, uczuć..... nauką godzenia się, z czymś nie do pogodzenia i przeżycia tego, co nie do przeżycia.....


wtedy właśnie wymyśliłam sobie walentynkowy festiwal TOOLowanek..... bo nauka była trudna, bolesna,długotrwała, a TOOL ratował mi tyłek, ryjąc mi mózg na wszystkie możliwe sposoby, resetując go dźwiękami mikrometr po mikrometrze, miligram po miligramie, synapsa po synapsie..... pozwalał znieść to czego nie rozumiałam, co paliło serce żywym ogniem, a czego paradoksalnie nie mogłam z siebie wydrzeć, ani wyrwać, bo było i jest zbyt ważne.....


Smoku nauczył mnie umierać, TOOL nauczył mnie zmartwychwstawać.....


i kiedy obudziłam się wczoraj, w to święto epileptyków i zakochanych, a onegdaj osób obłąkanych - postanowiłam, że to będzie dzień na miarę czasów, na miarę mojej epoki, bo przecież nikt tego nie wie, jak ja kocham siebie!..... od lat powtarzam, że jestem w najlepszych rękach w jakich mogłam się znaleźć, czyli w swoich własnych, więc wczoraj te ręce zadbały o mnie w sposób szczególny.....


najpierw zrobiły mi schabowego na śniadanko, bo dobry schabowy na śniadanko to jest to, co tygryski lubią najbardziej i kto tygryskom zabroni zaczynać dzień od schabowego? ;)..... ano nikt! :)


a później wybrałam się do powiatu..... zaokienne +12 we słonku, w powietrzu zaczyna być wyczuwalny zapach wiosny ( która mogłaby się pospieszyć i chociaż częściej obdarowywać nas słońcem), w uchach oczywiście TOOL ( tak cichutko,cichutko) i po pół godzince znalazłam się w powiecie, z zamiarem nabycia małej walizeczki, w jedynym słusznym kolorze czerwonym!.....


bo zasługuję na to,żeby nie taszczyć się  w czasie moich licznych tournee po kraju naszym przecudnym, z niewygodną do targania torbą, nikogo nie zabiłam, żebym za karę musiała nosić w łapkach dodatkowe obciążenie.....


bo przecież kocham siebie, a kiedy człowiek kocha siebie, to żadne walentynki nie będą smutne, ani samotne:)..... a jak siebie kocham, to nie czekam na nikogo i robię sobie prezenty sama :) księciunia na białym rumaku co to mnie uratuje nie będzie, a i nie chcę takowego,wolę użytecznego hydraulika i nikt mnie nie uratuje, jak sama siebie umysłowo nie wyciągnę z czarnego rewersu ;)


a z drugiej strony, jak możesz dać komuś coś, czego sam nie posiadasz?..... nie da się :) z pustego w próżne to i sam Salomon nie naleje..... jeśli człowiek nie kocha siebie i nie ma w nim choćby kszty tej miłości, to jakim cudem może to dać innym? ano żadnym, bo wszystko na tym świecie bierze się z wnętrza, a nie z zewnątrz..... z zewnątrz można tylko brać i albo w sobie pomnażać, albo bezproduktywnie trwonić na tzw. nic.....


i przy okazji rewers swój odziałam, w nowy spodzień, nabyty bez mierzenia ( bo tego szczerze nienawidzę, a zakupy na oko to kolejna nabyta umiejętność, która niesamowicie ułatwia mi żywot).....


i kolejny raz złapałam się na tym, że po latach różnych nauk i swego rodzaju "mentalnej gimnastyki" nie mam poczucia winy, że znowu wydałam pieniądze, że coś tam innego, bardziej potrzebnego mogłam kupić, że przecież mogłabym zrobić prezenty innym ( co też dałoby mi radość wielką), ale chyba nie ma większej radości, kiedy człowiek daje radość sobie, bez wyrzutów sumienia, bez dzwonienia z tyłu głowy, bez setek "ale" i "przecież" siedzących na ramieniu ciężarem..... kiedy może się poczuć jak obdarowane czymś wyjątkowym dziecko.....


a dzisiaj w słonecznym, zaokiennym +8 nie powiem wam "kochajcie się", za to powiem, kochajcie siebie samych, codziennie każdego dnia, nawet jak się na siebie samych wściekacie, za swój upór, głupotę własną, za nietrafione wybory i decyzje, bo kiedy nie ma już nic, kiedy życie przytłacza, boli i sypie pod nogi kamienie, będziecie wiedzieli, że jesteście swoją własną opoką, kimś na kim możecie polegać, kimś kto nie będzie się bał przyjąć od innych tylko dlatego, że ma przekonanie, że nie zasługuje, że jest światu coś winien i choćby dlatego nie może skorzystać ze wsparcia i pomocy ludzi.....


i jeszcze raz wspomnę Maćka, który kiedy żył, ciągle powtarzał "pokochaj siebie, zrób sobie prezent, porozpieszczaj się, to nie musi być coś kosztownego, czasami wystarczy lizak za kilka złotych, ale tak duży i zajebisty, żebyś miał poczucie, że wszyscy ci go zazdroszczą tylko dlatego, że jest Twój..... bo jeśli siebie nie pokochasz, nigdy nie będziesz szczęśliwy, czegokolwiek byś nie posiadał i czegokolwiek byś nie robił, ciągle nie będziesz spełniony i zadowolony, bo ciągle będzie coś nie tak".....


a teraz z uśmiechem na twarzy idę na kolejny seans prucia rewersu, a Wam zostawiam moje przyTOOLanki..... niech wam ryje berety i resetuje, albo niech was wkurza, co tam sobie stryjenka winszuje ;)







.....niech moc będzie z Wami.....




6 komentarzy:

  1. Biedne uszka!!! Ja cię za to po teletubisowemu: tuuliiimy :)
    Wyzdrów się!

    OdpowiedzUsuń
  2. No... ja tydzień przeleżałem / przesiedziałem w domu, ale boję się, że to nie do końca koniec. Dzisiaj znów odezwało się u mnie gardło, pobolowa delikatnie, wrednie strasząc nawrotem choroby. Walczę, ssąc i gryząc orofar jeden po drugim i mam nadzieję, że dam rady...

    Zdrówka dla nas oboje! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. zatem...szybkiego powrotu do zdrowia i więcej miłości do siebie z każdym dniem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Smok nauczył Cię umierać ?
    Chyba coś przespalam.
    To bardzo ważne kochać siebie .
    Tylko tak jak innych .
    Ze wszystkim .
    Ze wszystkimi pobocznosciami i zrozumieniem.
    Wiem co znaczy dreptac do przychodni z bolacym tylkiem.
    Oby niedługo .

    OdpowiedzUsuń
  5. ostatnio sama włożyłam słuchawki i puściłam muzyke chyba żeby zagłuszyć myśli
    chciałam pragnęłam poczuc się lepiej nei udało się bo jak muzyka przestała grac ja się rozpadłam

    walentynki dzień psychicznie chorych jak mowi mój syn cos w tym jest

    a na siebie patrze z pogarda od 2 dni z obrzydzeniem i nienawiscia

    OdpowiedzUsuń
  6. Muzyka łagodzi obyczaje, a nawet podobno ktoś to udowodnił, że potrafi leczyć nowotwory, więc taka grypa to dla niej pryszcz :).
    W tradycyjnych Walentynkach fajne jest to, że często kobieta dostaje najpierw wiecheć kwiatów, potem pytanie o obiad, a następnie pretensje o niewypraną koszulę. Tak coby nie zeszła z orbity dnia codziennego i coby od tego wiechcia nie poprzewracało jej się w głowie ;). Twoje walentynkowanie jest o niebo lepsze. Bo kto nam zabroni kochać i rozpieszczać samą siebie?

    OdpowiedzUsuń