brunatne szczątki ubiegłorocznej trawy i tegorocznego błota,upstrzone psimi odchodami,śmieciami i innymi niespodziewajkami, wiadomego i niewiadomego pochodzenia zwiastują ocieplenie..... takie, które jeszcze nie ma nic wspólnego z wiosną, ani nawet przedwiośniem, ale sprawia, że inaczej się patrzy na tę szpetotę..... jest jakaś taka łatwiejsza do zniesienia i już na sam jej widok nie "krwawią" oczy.....
coraz więcej nagich chodników wyłazi spod ubitego śniegu i lodu, w którym wysypany piach z solą wierci otwory..... niemal tak mozolnie jak mrówki budujące w ziemi mrowiska..... i zawsze, ale to zawsze w tę porę roku, najwięcej piasku jest rozsypane tam, gdzie nie było śniegu, ani lodu..... taka dziwna systematyka służb miejskich.....
chyba weszło mi w krew, to tuptanie codzienne i dlatego dzisiaj wyszłam na tę wilgoć dnia..... tak jakby odruchowo..... chociaż wcale nie muszę, nie mam po co..... a może mam, po to żeby właśnie to wszystko zobaczyć, powąchać, no może jednak lepiej nie dotykać, bo to wiązałoby się z jazdą mniej lub bardziej figurową na lodzie i lądowania telemarkiem lub bez niego.....
ptaki są jeszcze ciche, jeszcze się nie kłócą między sobą o lepsze miejsce do gniazdowania..... tak jakby czekały do kolejnego dnia z promieniami słońca..... a wiewiórki, które w ostatnich słonecznych dniach ganiały się radośnie po drzewach, wspinały po pniach wydając charakterystyczne dźwięki skrobania pazurkami o korę, pochowały się w swoich dziuplach i innych przytulnych schowkach natury.....
pozornie nieruchome drzewa, zaczynają tętnić życiem, jakby powoli ich soki zaczynały nabierać odpowiedniego tempa, w drewnianych arteriach..... jakby wolno budziły się z hipnozy ich serca.....
chciałabym już zrzucić z siebie tą zimową ociężałość, ten misiowaty stan, na chłodne dni, który wcale nie jest zasługą ciepłego odzienia, a raczej tego, że natura wyznaczyła taki rytm fundując nam pory roku, zupełnie niepodobne do tych, które znam.....
i zdecydowanie tęsknię za słońcem, kiedy podgrzana nim wilgoć roztopów sprawia, że inaczej się oddycha..... dużo lżej, zachłanniej, radośniej, tak niemalże do dna..... kiedy się nosem wciąga wszystkie zapachy i zdaje sobie sprawę, że każdy z nich jest niespodzianką, której chce się więcej i więcej..... i cieszy samo to, że się jest tu gdzie jest.....
brakuje mi tych błysków codzienności..... leniwie przechadzających się kotów, szalonych wiewiórek, odgłosu i widoku dzięciołów, i darcia się sikorek, pliszek, skowronków i wróbli..... tych spacerów po lesie..... w środku nocy..... tańców w majowym deszczu i bosego brodzenia w kałużach,kiedy dopadnie niespodziewana ulewa.....
i ciepła ogniska, i smaku biwakowej herbaty z ulubionego kubka, i pieczonych kartofli, i moich Biedron na wyciągnięcie ręki..... bo chociaż wiem, że są zawsze gdzieś ze mną swoimi myślami, to zupełnie inaczej jest być z nimi, choćby tylko w zwyczajnie niezwyczajnym milczeniu.....
.....czarne motyle odlatywały.....

pomału przyroda budzi się do życia i to widać;)
OdpowiedzUsuń...A ja otworzyłam okno ,temperatura około +5. Wiatr lekko porusza gałązkami krzewów. Niebo zachmurzone i nawet trochę siąpi, ale powietrze przyjemne ... Ptaki w Ippensen zaczynają gadać po wiosennemu ...Buziak :)
OdpowiedzUsuńChciałam powiedzieć ze kubek z biwaku ... stluklam.
OdpowiedzUsuńOczywiście niechcący .
ty stłukłaś siostrzany, Julka z żarłorybą, w sierpniu jadę bez kubeczka! :P
UsuńNie martwcie się...to tylko kubki ;) Przywiozę Wam inne ,macie coś cenniejszego i dbajcie o to .Po buziaku :)
Usuńno przesz żartuję :)
OdpowiedzUsuńNo przesz wiem :D
OdpowiedzUsuń