środa, 21 października 2015

Flow...

no to coś drgnęło...
jeszcze chaotycznie i myśli rozbiegane, ale jest chęć, a to naprawdę dużo, kiedy się siedzi w epicentrum czarnego rewersu, w jednej ręce trzymając zawleczkę, a w drugiej odbezpieczony granat...
też tak czasem macie?... bo ja ostatnio mam tak nieustannie... ale nie o tym chciałam...
dzisiaj będzie trochę wspominkowo, to znaczy ja będę wspominać, jak to drzewiej bywało na interii...
zazwyczaj siadałam z kubkiem kawy, albo herbaty, włączałam muzykę i pisałam co mi pod tym moim kapeluszem fruwa... zazwyczaj to było marudzenie... (spokojnie tutaj go nie zabraknie również, jakby ktoś miał nadzieję, że to się u mnie zmieniło)
od około roku jest tak, że nawet nie mam czasu piśmiennie marudzić, bo działanie wypala mnie z doszczętem....
podejmując jedną z najtrudniejszych decyzji porzuciłam pracę,a właściwie nie porzuciłam, a zwyczajnie nie przedłużyłam umowy... spakowałam torbę i ruszyłam na zieloną wyspę Irlandią zwaną...
samo ruszenie moje,poruszyło niebo i ziemię w wygodnym światku Adamsów i rozpętało wojnę niemal nuklearną... przy okazji się dowiedziałam, jakimże to strasznym złodziejem, darmozjadem i Bóg jeden wie kim jeszcze jestem...
jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach dostałam kolejne potwierdzenie, że tak naprawdę to dalej będę osłem w roli gladiatora, blaszanego rycerzyka, siłaczki i baby o stalowych nerwach w jednym.... zwyczajnie czasem tak jest, że się wyczerpują możliwości i chociaż wiesz, że sam nie udźwigniesz to robisz, bo nie ma kto, bo musisz, bo tysiąc tłumaczeń, a tak zwyczajnie to wszystko nie ważne... robisz, bo człowiekiem jesteś, ale takim ludzkim, który odczuwa, ma sumienie i na swoje nieszczęście rozum... ( a tak baj de łej, to mam wrażenie, że Adamsy stale są w separacji ze swoimi rozumami;)
zatem wyruszyłam, przeżyłam pierwszy lot samolotowy, wylądowałam i.... wróciłam do gniazda... 

jak się okazało w porę... 
i chyba właściwie ten moment, to był początek tego zwariowanego czasu, który mnie nie opuszcza, aż do dzisiaj... po powrocie nawet popracowałam miesiąc, ale oczywiście musiało się coś stać, więc się stało, kręgosłup uszkodzony, rehabilitacja na sierpień, przymusowe uziemienie w domu... i pierwszy strach pt. co teraz? co dalej?jak to wszystko ogarnąć?... i brak czasu na odpowiedź, bo oczywiście jak nieszczęścia to w parze się snują, a maj, to przecież tak cudowny miesiąc, że nie można go przemajować spokojnie, więc ku uciesze losowego chichotu, a mojej rozpaczy, stan Nestorki zaczął się pogarszać w zastraszającym tempie, nocny niesen  spędzony na czuwaniu, walka z wzywanym po nocach pogotowiem, lekarzami, a w konsekwencji hospitalizacja Królowej Matki i moja decyzja, o pozostaniu w domu i opiece nad nią...

czasami w chwilach kryzysu jestem na siebie zła, za tę decyzję... bo czy ja nie mogę jak inni "ludzie" mieć tego wszystkiego w rewersie?... pracować, robić swoje i żyć jak pączek w masełku?... czy to do cholery tak dużo?... a później patrzę w lustro i chociaż odczuwam ogromny żal do Adamsów, to mogę w nie spojrzeć... spojrzeć w swoje własne oczy, bez wstydu, z bólem, ale i z czystym sumieniem, chociaż wiem, że jakby nie było, w jakiś sposób krzywdzę siebie... bo co z moim życiem... każdego dnia przemija, tak samo... no może czasem z atrakcjami ostrego dyżuru, karetki, strachu i arytmii, która stała się niemal jak siostra w niedoli i tylko ona jest ze mną, wtedy kiedy jest źle... no nie, jednak niezupełnie...
są moje Biedrony, chociaż na odległość, to jednak ratują mi tyłek, pomagają jak mogą, a kiedy są w okolicy stają na rzęsach, żebym chociaż trochę mogła odpocząć...
i właściwie są bliscy jak rodzina... w zasadzie to jest od nastu już lat, moja rodzina, taka paczłorkowo doszywana, z resztą kto czytał ten wie co Oni za jedni... 

miesiące stresu i strachu przyprawiły mnie o siwiznę i chudość... nie, nie, nie wylaszczyłam się jak wieszak, ale przynajmniej ciuchy na mnie leżały jak ulał i na 4 dniowym urlopie nad morzem naszym krajowym, wyglądałam... cudownie wyglądałam, zgięta w pół, bo oczywiście musiałam zaliczyć drugi wypadek... tym razem jadąc na urlop stłukłam sobie mostek... jakiż to trzeba mieć talent, żeby samemu sobie otłuc mostek?... a takiż to moi drodzy, że się traci równowagę i leci na wszystko co się rusza, albo nie...
na szczęście w nieszczęściu nie połamałam go,a i płuca mam czyste jak się okazało po wizycie na ostrym dyżurze spowodowanej błędną diagnozą lekarza rodzinnego do którego poszłam z atakiem bólu trzustki, a lekarz wysłał mnie na pogotowie z zapaleniem wyrostka...
4 tygodnie... bite 4 tygodnie bolał skubaniec(w sensie mostek), a im bardziej się ruszałam, tym bardziej się odzywał, nawet rehabilitacja na kręgosłup nie pomogła jakoś ustabilizować dziada, na szczęście odechciało się mu boleć po miesiącu prawie, dzięki temu jakoś funkcjonuję...

i tak borykam się z dnia na dzień, z coraz to nowymi problemami,zmęczeniem, galopem, stresem... które tu ruszone, to zaledwie wierzchołek góry,ale chyba nie czas i nie miejsce...
za to cieszę się, że wrócił "flow"... może na chwilę, może nie... ale tak jak dawniej, z kubkiem kawy, ciepłym szlafrokiem i muzyką, która została po Kimś bardzo ważnym... chociaż odszedł do Szepczącego Lasu, to tak jak i Biedrony, zawsze jest przy mnie:)






...bo czasem nie ma opcji...













6 komentarzy:

  1. No, jak mam wiedzieć, jeśli pozostałe 3 posty nic mi nie wyjaśniły? Ale ogólnie mam podobną historię:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. a to wyjaśniam, że Biedrony moje to dobre Ludzie :) przyjaciele, bliżsi nawet od rodziny...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak pewnie pamiętasz, ja pisałam właściwie codziennie. Zapewne to uzależnienie, ale nie chciałam w sumie z tym walczyć. Teraz chęci jakby mniejsze... jednakże źle mi z tym! Nie wiem czy mniejsze chęci oznaczają, ze zgasłą we mnie jakas iskra? a brak, niewygoda wewnętrzna, to skutek "detoksu" czy jednak faktycznie pisanie tu jakoś podsycało promyki życiowe, pomagało zmierzyć się z demonami, albo je olać... ? jedno wiem.. jak piszę, czy marudzę czy zachwycam się , wszystko jedno, jest mi lepiej. dlatego i ty pisz, a słowa wrócą i jak puzzle się poukładają..
    loonei

    OdpowiedzUsuń
  4. Ważne,ze piszesz.To zawsze jakis kontakt ze sobą, zeby sie nie posypac.Ja objerzalam dzisaj "Chlopca w pasiastej pizamie i usunelam wpis.Czasem trzeba po prostu zamknac gębe.Spokoju i wytrwałosci w tym wszystkim ..i szaa

    OdpowiedzUsuń
  5. ahaaaaa
    Co nie zmienia faktu że nie znika się tan znienacka bez słowa pożegnania. Żółta kartka.
    Cóż mogę powiedzieć. Jesteś wspanialuśniejszym ludziem niż ja. Jakbyś żyła jak pączek w maśle mogłabyś coś z tej wspanialuśności stracić. Chociaż? Nie, nie straciłabyś. Wspaniali ludzie są wspaniali bez względu na okoliczności.
    Życzę więc zdrowia i jak najwięcej pączków.

    OdpowiedzUsuń