piątek, 30 października 2015

Jesiennie...

piątek... chłodny, pochmurny, pachnący mokrymi liściochami...  i chociaż nie ma słońca i trochę chodzę przymulona, jak wytrącony z lotu nietoperz, to ma on swój urok... i co dziwne, daje jakiś taki spokój... jesienny spokój...

owszem... galopady myśli nie zatrzymam, nawet nie usiłuję, no bo niby jak?... kiedy na ramieniu marznie dusza, strach zagląda w oczy i coraz trudniej z dnia na dzień ten cały pierdolnik ogarnąć... ale... niech sobie będą, niech galopują... przecież najlepsze idee rodzą się w cierpieniu...  to znaczy...  nie żebym tam zaraz cierpiała, nie, nie, tyle tylko, że niech sobie te myśli płyną, a nuż coś się z nich konstruktywnego wykluje... przecież onegdaj tak właśnie bywało;)

zrobiłam kawę... a że właściwie w zaciszu wszystko ogarnięte, zakupów nie muszę robić, to korzystam i snuję się w piżamie, puchatym szlafroku z bałaganem na głowie... bo któż powiedział, że nie mogę, że nie wypada... ano właśnie nikt, w końcu to mnie ma być dobrze... 

zatem zasiadłam z kawą, włączyłam muzykę z gatunku najulubionych i zrobiło mi się jesiennie... przypomniał mi się czas Wiatru i Świerszcza i wiecznie zgubionego szalika... to też była jesień, tyle że ja jakoś z nią jesienniałam... a teraz z perspektywy czasu, chociaż problemów przybyło i siwych włosów na głowie, to ja jakby lżejsza... 

hyh dziwne... uśmiecham się do siebie, bo to taki paradoks... i jakby patrzeć z boku, można by rzec "ot, wariatka, cieszy się durna z kłopotów i siedzenia w czarnej dupie, z doszczętem ją pogrzało"... a mnie zwyczajnie lekko... i nie po trzykroć, nie zakochałam się, nie zadurzyłam, a już na pewno nie odurzyłam...  chyba że kawą, to tak;)

delektuję się smakiem, z na wpół przymkniętymi powiekami, do uszu płynie harmonia dźwięków, a mnie to moje jesienne klonowo sprzed kilku lat zachwyca... nigdy nie przypuszczałam, że to jak je postrzegałam wtedy, wpłynie na moją percepcję dzisiaj, teraz, w tych momentach kiedy czasami nie można wyjść z domu... przecież nikt mi nie zabroni przymknąć oczu, otworzyć na oścież okna i chłonąć zapachu;)

i już jestem w tych barwnych liściochach, od czerwieni przez złoto i żółcie... i niemal słyszę jak szeleszczą... jest jakaś stała niezmienna w tym wszystkim, bo tak się składa, że kiedy przychodzi jesień, to nawet w największym pośpiechu zauważę, śmiejące się do mnie kasztany... (jesieni nie zauważam a je owszem) gdziekolwiek bym była... jednego to mam nawet z Oldenburga i z tego co pamiętam to był niedobry czas...  a kasztan się trafił, jakby na szczęście... wkładam je do kieszeni i tak wędrują ze mną niemal lata całe... poupychane po kieszeniach kurtek ( jeszcze pomyśli kto, że ich nie piorę;)... a później kiedy wychodzę na spacer, trafiam na nie ręką i sama do siebie się uśmiecham... Rodowiczka miała kamyk zielony, a ja mam kasztany ( żeby nie rzec "w tyle")... 

i tak oto nie wychodząc z domu, spaceruję przez moje klonowo, odrywam myśli od tego co tu, a kiedy już trafię fizycznie, na od dawna utarte spacerem ścieżki, to się przekonuję, jak wiele się zmieniło nie zmieniając...

czy ja aby na pewno normalna jestem?;)

możecie to rozstrzygnąć, albo i nie;) a na ten piątek mam dla Was moje jesienne, chociaż dobre cały rok dźwięki... jak zawsze w obrazku, chociaż ubolewam, że wraz ze starym blogiem, zniknęło zdjęcie mojego klonowa... (bo może chociaż rąbek mojej jesieni bym Wam nim odkryła), i raczej go nie odzyskam, bo było na twardym dysku złomka, który zmarł śmiercią tragiczną, przeze mnie i moje talenty dłubacze w nim spowodowaną... to się nazywa reanimacja w babskim stylu;)

udanego weekendu nie życzę, bo pewnie jak co roku napiszę... w ten dzień...




...jesienne kołysanie...




4 komentarze:

  1. i ja dzisiaj o jesieni :)
    tylko, ze u mnie pełnia słońca. ale reszta... kolory liści, szelesty. podoba mi się ta Twoja notka, tak samo jak nutka, którą do niej załączyłaś.
    z kasztanami, to jak może pamiętasz, mam dokładnie tak jak Ty. zbieram co roku (nie na worki, ale ot właśnie jak mi się jakiś trafi) i wpycham do kieszeni, torebek. kasztany mają moc :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że jesteś jedną z niewielu osób, której jesień nie przytłacza a wręcz przeciwnie skłania do większej analizy otaczającej rzeczywistości. Podziwiam:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie, że jesteś normalna! W moich standardach: najnormalniejsza :) tym bardziej, ze w wielu słowach, opisanych emocjach odnajduję siebie jesienną..
    Największą moc mają te najbardziej kuliste kasztany, uwielbiam dotyk ich jedwabistej skórki...

    loonei

    OdpowiedzUsuń