od porannych godzin słoneczna, wietrzna i chyba ciepła, a mnie zmógł potworny baniból... z niesnu... kiedy o 3:03 zamykałam oczy, leżąc już w łózku (chociaż moje już, to dla niektórych dopiero)wiedziałam,że i tak nawet jeśli przyjdzie sen, to będzie krótki, urywany i nie dający odpoczynku... ale przyzwyczaiłam się... skoroświt koło godziny niedzielnej ósmej, obudziłam Królową Matkę, podałam leki i śniadanie, wykonałam szereg codziennych powinności z nią związanych i udałam się spowrotem pod ciepłą jeszcze kołdrę... musiałam przespać to potworne tupanie w głowie i szum, który aż dzwonił w uszach... stres znowu zbiera żniwo, ale nie poddaję się tak łatwo, bo w końcu może będzie lepiej... w każdym razie mam dużo lepszy nastrój niż ostatnimi czasy... może to zasługa słonka... no ale do brzegu, że tak powiem...
ponownie obudziłam się, a raczej obudził mnie nastawiony budzik na godzinę 11:30... wstałam ogarnęłam i siebie, i sytuację na froncie obiadowo - zacisznym, i zrobiłam kawę... normalnie to już piję drugą, ale z uwagi na okoliczności była moją pierwszą dzisiaj... podeszłam z kubkiem do okna i zobaczyłam kalejdoskop chmur, pouginane pod naporem wiatru moje, wyrośnięte już nad wyraz zaokienne sosenki, słońce które na przekór rozdziera ten teatr obłoków i przypomniała mi się moja wyprawa na zieloną wyspę... i cała podróż mi się przypomniała, bo dosyć zabawnie się zaczęła od pomyłki bramek odpraw, na lotnisku we Wrocku... Sza jednak zdolna jest i potrafi się wpakować bez pardonu na odprawę V.I.P... do tego tak zaaferowana i podekscytowana samym faktem pierwszej w życiu odprawy, że gotowa się kłócić z obsługą lotniska, że jest we właściwym miejscu;) sam lot wspominam dosyć dobrze, bo się nie bałam jakoś specjalnie, wyszłam z założenia,że jak mam zginąć to spektakularnie i raczej długo to trwało nie będzie, bo jak żelazny ptak pizgie o ziemię z wysokości kilku tysięcy metrów ( czy tam w taflę wody) to i tak zbierać nie będzie co... czytałam sobie spokojnie książkę, podziwiałam widoki ponad pułapem chmur i cieszyłam się jak dziecko, że dane mi zobaczyć to, co jest ponad burzowymi i gradowymi chmurami widocznymi kiedy się stoi na ziemi... to tak jakby w cudowny sposób przekroczyć granicę magii, pach i z ciemności egipskiej niemal wyłania się słońce i puchaty dywan ze śnieżnobiałej wełny... nawet uwieczniłam to na fotografii, ale gdzieś mi się zawieruszyła, pewnie spokojnie się schowała na memorce aparatu... jedyna niedogodność lotu, to ból uszu spowodowany różnicą ciśnień... w pewnym momencie zaczął mi strasznie doskwierać i już tylko chciałam wylądować, bo nic nie pomagało, ani dmuchanie przez zatkany nos, ani łykanie śliny i ciućkanie karmelków, a jeszcze nasilenie owego czekało mnie przy lądowaniu... wylądowałam więc głucha, a głuchota trzymała mnie około dwóch tygodni... na szczęście każdego dnia malała, ale gdyby nie antybiotyk, pewnie by się rozwinęło całkiem spore zapalenie ucha środkowego... na szczęście zawsze jest tak, że dokądkolwiek Sza się wybiera, to najpierw jedzie apteka Szy, później długo długo nic, a potem Sza;)
kiedy tak sobie wspominałam, otworzyłam folder ze zdjęciami z tego pierwszego dnia na zielonej wyspie i przypomniało mi się, jak nie mogłam się doczekać, żeby od razu po wypiciu kawy, której łaknęłam jak kania dżdżu, zacząć zwiedzać i oglądać... i tak oto spełniło się jedno z moich marzeń, a właściwie spełniła je Akwarelka, bo najpierw zaprosiła mnie do siebie w gościnę, a później pokazała wszystkie atrakcje... no może nie wszystkie, ale ich ogrom:) od razu zabrała mnie w przeurocze miejsce, w którym zakochałam się już na nie jadąc... bo krajobrazy Irlandii, zaczynają się tam, gdzie kończą się zabudowania każdego miasteczka, wsi, miasta.... wąskie drogi, otoczone kamiennymi murkami w szczerym polu to taka irlandzka norma, ot zupełnie zwyczajnie są wszędzie... zanim zobaczycie te cuda natury musicie wiedzieć, że pogoda była tego dnia piękna, dosyć ciepła i słoneczna jak na 19 stycznia roku pańskiego 2015, za to to co zobaczyłam chwil kilka później napawało mnie niewiarą, że tak szybko może się wszystko zmienić pogodowo... i chociaż wiem, że tak bywa np. w naszych rodzimych górach, to tam wydawało mi się to jakieś takie inne, nadzwyczajne, niemal kosmiczne... tak jakbym wylądowała gdzieśna krańcu świata i chłonęła jednocześnie wiatr, który nie wiadomo skąd zaczął wiać tak, że trzeba było wykazać się maksimum ostrożności i umiejętności wspinaczych, żeby nie porwał mnie z klifów ( bo musicie wiedzieć, że trawa na klifach, która wygląda tak niewinnie, bajecznie i spokojnie ufryzowana wiatrem, jest tak ślizka, że ów wiatr sam z siebie swoją siłą, przesuwa człowieka po podłożu,jakby niewidzialna ręka go sunęła dokąd sama zechce i na nic opór i upór w utrzymaniu sylwetki)... chłonęłam słońce, które świeciło z róznych stron (zupełnie wbrew logice,zaczerpniętej na lekcjach geografii) a jego położenie zmieniało się w czasie tak zaskakująco krótkim, że aż niemożliwym do wyobrażenia... chłonęłam oceaniczną bryzę, która wisiała nad klifami jak mgła, która momentami oblewała twarz milionami wilgotnych kropelek, która mimo wiatru była tak przyjemna, że nie zauważyłam kiedy zmarzł mi nos... i czułam się jak drobinka na oceanie, dokładnie tak kiedy czasem opisywałam te moje życiowe boje i sensacje z zawirowaniami lub bez, z tą tylko różnicą, że stojąc tam na klifie, rzeczywiście nią byłam, a potęga natury sprawiała, że odczuwając odrobinę lęku przed nią i respektu, czułam się wielka i jednocześnie maleńka, ale tak cholernie szczęśliwa jak chyba jeszcze nigdy... i ten huk spienionych fal, rozstrzaskujących się o skały, bulgocących, rozlewających się, wirujących... jedyne co przychodzi mi na myśl, żeby to porównać i jakoś hmm nazwać (chociaż wiem, że to nie możliwe, bo nie ma takich słów), to śpiew syren, najcudowniejsza muzyka świata...
stałam na klifie, czasami rozkładałam szeroko ramiona, chłonełam życie i byłam przeszczęśliwa... gdzieś z tyłu głowy pomrukiwały myśli co tu, co w zaciszu... ale tak nieznacznie, że nie zwracałam na to uwagi... bo któż zaprzątałby sobie tym głowę, kiedy dotarło do niego, po raz kolejny, że jest częścią ogromnej całości, świata, który chociaż należy do wszystkich, nie jest dany każdemu... to była taka chwila, jedna z nielicznych, kiedy bycie wrażliwcem nad, dało mi (powtórze się) szczęście, zadowolenie i mój bezczas, moje tu i teraz, moje właściwe miejsce w czasoprzestrzeni, to coś czego nikt i nic innego prócz właśnie natury i jej piekna, nie jest mi w stanie dać, ani odebrać.... a jak wyglądały te cuda pierwszego dnia i zakochania się w zielonej wyspie niniejszym Wam unaoczniam... zgodnie z obietnicą z resztą:)
niech to będzie mój mały prezent mikołajkowy dla Was, kolejny kawałek mojego małego wszechświata, do którego tylko nieliczni mają dostęp... usiądźcie, rozgośćcie się, nacieszcie oczy... a ja dopiję kawę:)))
...Sza, na krańcu świata;)
...miasteczko nieopodal...
...włala, oto ja:) a grunt, to dobra perspektywa;)
...P.S. a jak zawsze w obrazku (może być przy lewej nóżce) muzyka, nie z Irlandii, ale jakoś mi podpasowała na dziś...
Moja droga! wielką mi sprawiłaś frajdę i zaszczyt tą notką:) zagościć w tym zakamarku Twego wszechświata to nie byle co;) a podróże po prostu uwielbiam! nie byłam w Irlandii... ale teraz czuję, jakbym tam była:) opisałaś to tak plastycznie i emocjonalnie i jeszcze te fotki... jakbym tam z Tobą stała na klifie i robiła te figury nad morzem by inaczej spojrzeć na świat:) przy okazji, masz zajebiście czerwone buty! a 'włala' to ostatnio moje ulubione francuskie słówko;) super, że oderwałaś się od codzienności, nałapałaś kwiczołów i mnóstwo wspomnień. teraz czekam na cd:) bo wnioskując z tytułu- będzie.
OdpowiedzUsuńa to trzeba zapytać tego co je wymyślił;) a to nie ja:( ale z pewnością to coś do nałapania. i chyba po prostu się czuje, że się ich nałapało albo nie:)
OdpowiedzUsuńKwiczoły to ptaki z rodziny drozdów Dziewczyno W Botkach;) Kaś dzięki za te zdjęcia - lubię takie klimaty.. mam nadzieję,że już Ci lepiej.Pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńAsia
Pięknie, dobrze bym się tam czuła( i dużo ciekawiej niż u mnie, prawda? ). Latanie ma to do siebie, że powszednieje, tak jak wszystko inne. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma....(chociaż ja wolę wersję "wszędzie dobrze gdzie jesteśmy")
OdpowiedzUsuńdzięki. ogromne dzięki za prezent mikołajkowy. sprawił mi wiele radości.
OdpowiedzUsuńzwłaszcza, ze tak to wszystko cudnie opisałaś, iż poczułam ten wiatr i to słońce :) i zachwyciłam się tym złowrogim krajobrazem ze zdjęć. oraz butami Twoimi :))
teraz czekam na part 2 i więcej :)
Wspaniałe fotografie, takie widoki wyzwalają we mnie chęć wyjechania już i pójścia tymi klifami przed siebie kilometrami....
OdpowiedzUsuńNo teraz dodałam komentarz we właściwym miejscu. :)
Wspaniały widok!
a ja miodki dostałam od mojej lektorki od francuskiego. też ze sprawdzonego źródła, w którym i ona się zaopatruje:) gdzieś pod Żywcem. jeden ze spadzi iglastej, drugi z domieszką lipowego. oba pyszne tak, że wylizałabym je na raz, a potem pewnie bym się...powomitowała:)))))
OdpowiedzUsuńkolędy w lipcu jakoś mnie nie szokują:) sama tu pewnie zakrzyknę 'alleluja' chociaż to przecie nie te święta;)
i... z całym szacunkiem dla P.Leśnej:) to nie o takie 'kwiczoły' chodzi;)
Irlandia :))) 7 lat mojego życia :) I już tak tęsknie niesamowicie… Na szczęście lecę, lecę już niedługo, na bardzo niedługo… ale zawsze to coś :())
OdpowiedzUsuńPięknie piszesz, poetycko, bajecznie, aż chce się czytać i czytać… zbierz to kiedyś w taka grubą knigę, którą się będzie czytało przy kominku! :)
Przepraszam za blokowanie bloga, eh, ja to nigdy nie zmądrzeję :/ Nawet go razu pewnego usnęłam, ale na szczęście można na blogspocie jeszcze bloga przywrócić w ciągu 3 miesięcy. I jestem :)
Pozdrawiam grudniowo :)
Bardzo mi się podoba ten prezent. Widoki naprawdę bardzo klimatyczne. A na tym ostatnim zdjęciu... robisz jedno z moich ćwiczeń wzmacniających na pośladek ;)
OdpowiedzUsuńKolejna twoja notka i kolejna trafiona. Nie z Irlandią wprawdzie ale z .....
OdpowiedzUsuńOcean.
Ocean to moje marzenie. Chciałbym kiedyś go poczuć. Zresztą pewnie to wiesz bo pisałem o tym u siebie nie raz. Z tym że wolałbym ten ciepły, może nad brzegiem w Nowej Zelandii. Ehhh rozmażyłem się.
Ładnie to napisałaś i fotki ładne. Ale tak tyłem do publiczności na koniec?
bo to fotka poglądowa pt." jak Sza łapie perspektywę" ;)
Usuńno no pszę Szanownej Szy... ja też chcę wypić tę kawę z Tobą. Tobą i z Marharettą. dlatego wpraszam się bezceremonialnie:)))) a z M. no tak jakoś ostatnio złapało nas telepatyczne, metafizyczne porozumienie czasowo-tematyczne:) pewnie to za sprawą wielości kaw, które razem wyżłopałyśmy:) takie z nas kawiarki;)
OdpowiedzUsuńWleciałam na szybko, ale muszę tu wrócić przy większym czasie;) taaakie perełki..
OdpowiedzUsuńTy faktycznie uwielbiasz czerwony...
loonei.blog.pl
pięknie,pieknie,pięknie.Uciekłabym w takie klimaty chętnie na dłużej..
OdpowiedzUsuń