coraz mniej czasu.....
coraz mniej czasu do wyjazdu..... są momenty, że błąkam się po Szato, jak wytrącony z lotu nietoperz..... są momenty, kiedy wzrasta poziom wewnętrznego napięcia..... no i od razu pojawia się złość.....
na szczęście wiem o tym, że miewam krótki lont, więc daję sobie chwilę na oddech, żeby nie powiedzieć kilka słów za dużo..... i jakoś leci to moje żyćko.....
a leci dość szybko..... ledwo czlek odemknie powieki w poniedziałek, a tu już środa..... koszula rewersu nie sięga w codziennym galopie..... a lista spraw do załatwienia od już się wydłuża.....
po ponad miesiącu wolnego załapałam "niechcieja"..... i przez tych kilka dni z przykuciem do łóżka..... och jakże ono wyciąga i wciąga..... największe boleści minęły, a ty nie wiedzieć czemu nie chcesz z niego wstawać..... jakbyś był zupełnie bez mocy..... zmuszam się do wstania, bo wiem, że jeśli się nie zmuszę, to za chwilę się odezwie franca depresja..... coś tam ogarniam bo się przez tych kilka dni nazbierało kotów w kątach, ale nie mam do tego przekonania.....
cały czas łykam cudowne pigul ki na szczęście, bo właściwie tylko dzięki nim trzymam się na powierzchni, z resztą odstawienie ich przy tak dużych zmianach, byłoby idiotyzmem..... to one trzymają mnie w kupie, kiedy jest naprawdę źle.....
i chociaż wiem, że to tylko chemiczny "spokój" to jest mi z nimi łatwiej..... już dawno temu poziom mojej twardości spadł do zera i gdyby nie one, utonęłabym w ciemności dawno temu.....
przedwczoraj rozmawiałam z córką podopiecznego.....
wydaje się być osobą pogodną i otwartą, a jaka jest okaże się w praniu..... mam dobre przeczucia..... pracy się nie boję, znam ją od podszewki..... trudno byłoby nie znać po niemal 20 latach w zawodzie..... w pracy wiem co robię i robię to dobrze, a to cholernie ciężki zawód..... patrzysz na cierpienie i odchodzenie podopiecznych, na ból, na to jak choroby i starość kawałek po kawałku odbierają im władze umysłowe i fizyczne..... to mocno otwiera oczy..... nie każdy jest w stanie to robić..... może dlatego wytrzymałam w tym zawodzie tyle lat, bo sama wiem jak się czuje człowiek, któremu choroba odbiera wszystko kawałek po kawałku..... to cholernie wypala, ale mam nadzieję, że po 2 latach przerwy będę w stanie wrócić do zawodu.....
za oknem słońce, coraz słabsze, coraz niżej..... coraz więcej chłodu..... coraz cieplejsze ubrania trzeba wyciagać z szafy, żeby się otulić..... czas przydługich swetrów, herbaty pod kocem i książek..... czytam "Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego..... wróciłam do niej po niemal 20 latach..... i odkrywam na nowo..... w ogóle książki Myśliwskiego dotykają mojego sedna..... jego spojrzenie na ludzi, na świat, na emocje.....
kawa zawlekła mnie na dno kubka..... pora wejść w ten dzień.....

Porcję słoweńskiego ciepełka, wraz z buziakami, przesyła Marzynia :-*
OdpowiedzUsuń