Lecą te dni.....
..... małych cudów, niewielkich czynów i wielkich decyzji.....
w końcu zaczęłam oddychać..... za na oścież oknem deszcz szumi miarowo jak czajnik, zrobiłam kawę i włączyłam muzykę
próbuję odnaleźć ten mój bezczas, poranna chwila dla głowy i serca zanim świat zacznie się do nich dobijać
uciszam echo ostatnich strat, zabliźniam co jeszcze lekko krwawi, puszczam wolno, rozpamiętywanie nic nie da poza bólem..... jest jak jest. Niedawno minęły 4 lata odkąd chciałam zgasić światło..... dobrzy ludzie na to nie pozwolili..... uwierzyli we mnie bardziej niż ja sama..... to wspomnienie dzisiaj już nie boli, nie krwawi..... jest punktem wyjścia i odniesienia do tu i teraz..... spokojnie mi
ogarniam rzeczywistość i przestrzeń i choć nie robię tego po raz pierwszy, to za każdym razem zaskakuje mnie jak ogarnianie Szato ogarnia mi myśli i serce
deszcz dalej szumi i kołysze, a lekki chłód na skórze otula szczelnie jak pled, jest przyjemny i daje ukojenie..... myśli płyną przeze mnie lekkim strumieniem bez efektu zagnieżdżenia..... brakowało mi tego..... i tej zgody na życie..... chęci oddychania, czerpania garściami, tego głodu życia pełnią, tego apetytu na poznawanie nowego i delektowania tym co już znam.....
wróciła mi wena do moich wierszy..... przyszła tak niespodziewanie jak niespodziewanie kiedyś umarła..... to bardzo dziwne uczucie kiedy wracasz w miejsce, które kiedyś było domem, porzuciłeś je na 20 lat przez martwicę serca, a teraz wracasz..... i chociaż nie ma już tych wszystkich ludzi, miejsce spotkań też zupełnie inne to w serduchu budzi się ta iskra, ktora kiedyś towarzyszyła nieustannie.....
znalazłam stare wiersze..... te sprzed 20 lat..... ileż w nich grafomanii..... ale są tak bardzo moje..... blaszany rycerzyk ściąga zbroję.....
a może by tak ściągnął ją na zawsze.....

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz