do mego zacisza, w którym czuję się najlepiej, najbezpieczniej, w którym buduję swój własny świat, w którym rzeczywistość jest rzeczywista, a kawa smakuje najlepiej.....
zmieniły się moje wszystkie plany, ale czy trzymanie się ich za wszelką cenę ma sens jeśli cierpi na tym i ciało i dusza? moim zdaniem nie.....
to były dwa tygodnie Sparty i wszystkich innych możliwych bitew..... w których robiłam wszystko, żeby nie zwariować, już po 4 dniach mego pobytu tam..... praca po 16godzin na dobę, bez możliwości spokojnego odpoczynku, brak współpracy ze strony podopiecznej, brak jakiegokolwiek wsparcia rodziny, że o niemieckim koordynatorze nie wspomnę..... kolejny kontrakt z gatunku "mina przeciwpiechotna".....
na odjezdne, na dwie godziny przed moim wyjazdem musiałam opatrywać ranę ciętą głowy, tak głęboką, że mogłam się dokładnie przyjrzeć budowie kości czaszki, uspokajać moją ogarniętą paniką zmienniczkę, która tak jak ja nie miała fiołkowego pojęcia w jakie miejsce trafiła, wezwać pogotowie i zrobić wszystko, żeby mimo uporu, niechęci i paskudnego charakteru moja podopieczna jednak trafiła do szpitala na zszycie rany..... na dodatek musiałam w tym całym bajzlu dopakować walizkę do końca,ogarnąć siebie przed podróżą i zadbać o to, żeby moja zmienniczka nie zwariowała w momencie w którym zostanie sama, a zrobiła to czego wymaga od niej ten zawód czyli zadbała o siebie i procedurę informowania firmy i rodziny o zaistniałej sytuacji..... i tak się zastanawiam, skąd biorę w takich sytuacjach zimną krew mimo stresu i trudności sytuacji..... doszłam do wniosku, że chyba z doświadczenia poprzednich lat, kiedy musiałam reagować zdana sama tylko na siebie i swój instynkt przetrwania oraz zdrowy rozsądek.....
w ogromnym stresie jestem nieznośna, nieznośnie stanowcza i konfrontuję otoczenie z zaistniałymi faktami zawsze, kiedy widzę absurdalne reakcje i próby dyskusji z czymś co się dokonało i jest widoczne gołym okiem, drastycznie sprowadzam na ziemię i wymagam działania, konkretnego i natychmiastowego..... i chyba to mnie uratowało tego dnia..... przez półtora tygodnia informowałam, prosiłam, uprzedzałam, że jeśli rodzina i niemiecki koordynator nie zadziała już, teraz natychmiast to dojdzie do tragedii, tym bardziej że podopieczna nie słucha, nie reaguje na polecenia które są dla jej bezpieczeństwa, a nie dla mojego widzimisię, a ja nie mogę pracować bez odpoczynku po 16godzin i nie mam oczu w dupie, nie mogę być odpowiedzialna za to, że podopieczny sam robi sobie krzywdę dokładnie wiedząc, że czynności które wykona są dla niego zagrożeniem..... półtora tygodnia prosiłam, mówiłam o zagrożeniu informowałam podopieczną i rodzinę, że jeżeli jej zachowanie nie ulegnie zmianie i nie będzie współpracowała, to więcej nikt nie będzie chciał do niej przyjechać na dłużej niż 5 dni, bo więcej z nią nie da się wytrzymać i nie oszaleć.....
demencja to straszna choroba, ale nie czarujmy się, kiedy nie jest zaawansowana większość z tych niebezpiecznych dla swojego własnego życia zachowań bierze się z zaniedbań rodziny, z braku pracy rodziny nad osobami które zaczynają chorować i nie godzą się ze swoim stanem, z braku wprowadzania zasad które regulują funkcjonowanie pacjenta później i z charakteru podopiecznych..... śmiem twierdzić, że większość osób które za młodu były władcze, roszczeniowe i egoistyczne, nie szanowały nikogo i nie liczyły się z nikim, w momencie zachorowania na demencję stają się wredniejsze i jeszcze bardziej roszczeniowe, bo to niestety choroba która uwydatnia te wszystkie cechy i jeśli rodzina w porę nie ogarnie tych osób wpajając zasady bezpiecznego zachowania, a w konsekwencji traktuje wszystko na zasadzie " tego co nieprzyjemne i konieczne mamusi nie powiem,bo jej się nie spodoba, bo w ogóle nie będzie słuchać i nic z poleceń nie wykona" jest tylko spychologią odpowiedzialności na opiekunki..... a my? my nie jesteśmy od tego..... zazwyczaj "dostajemy" pacjenta z którym już nie da się pracować, bo jego bezpieczne nawyki, albo ich brak są już tak zakorzenione, że nauczenie i wyegzekwowanie podstawowych zachowań bezpieczeństwa jest już niemożliwe..... nie mamy na to czasu, żeby uczyć bo musimy działać i zapobiegać, a prócz tego wykonywać całą masę innych obowiązków jak pranie, gotowanie etc.
po tych dwóch tygodniach wiem tyle, że z pewnością moja cierpliwość do osób demencyjnych które nie współpracują jest w tej chwili równa zeru, ta cecha niestety się u mnie wypaliła..... nie wróży to dobrze, ale i z tym sobie poradzę, przecież nie mogę pozwolić sobie na to, żeby nie pracować, bo z czegoś muszę żyć..... właściwie jeszcze wczoraj pojawiła się alternatywa i chyba póki co z niej skorzystam, chociaż czeka mnie kilka "chudych" tygodni..... rozmowy są w toku, a co będzie czas pokaże.....
właściwie to był mój pierwszy powrót do domu, kiedy jadąc malutkim busem, w ogóle kiedy jadąc się wyspałam możliwe dużo..... miałam zacną miejscówkę z przodu, między dwoma kierowcami, śpiącymi na zmianę, a czas w którym nie spałam owocował rozmowami o wszystkim i niczym, żartami i przerwami ustawionymi pod moje potrzeby! pełen komfort! Co prawda pierwsze trzy godziny jazdy, siedziałam z innymi współjechaczami z tyłu busa, ale było mi to potrzebne na totalne zrycie mózgu muzyką, totalny reset i catarsis dźwiękami i dopiero wtedy poczułam moc muzyki tak na prawdę..... już dawno tak nie tęskniłam do dźwięków i tak ich nie odbierałam..... w momencie w którym włożyłam słuchawki w uszy, głośność odcięła mnie od otoczenia, pozwoliła się wyizolować na tyle, żeby odbierać muzykę wszystkimi zmysłami..... i stało się coś takiego, co dzieję się w normalnych warunkach niestresowych dosyć często, ale nie aż tak intensywnie..... moje ciało zaczęło tańczyć, a dusza latać, coraz lżejsza..... fizycznie czułam jak się uwalniam z napięcia, a uwalnianie owo było naznaczone bólem..... to był moment w którym zdrętwiałe od adrenaliny wyrzucanej przez dwa tygodnie komórki mego ciała zaczynały jedna po drugiej zrzucać z siebie ciężar i oddychać..... to porównywalne do takiego stanu, kiedy z bólu nie czujesz bólu, kiedy np. jakiś mega ciężki przedmiot spadnie ci na nogę, poczujesz chwilowy ból, a później mózg wyrzucając adrenalinę znieczula twoje ciało i dopiero kiedy ktoś zdejmie ci ten ciężar z nogi, a poziom adrenaliny zacznie spadać czujesz, że boli, pulsuje, pali żywym ogniem.....
to był właśnie taki moment, kiedy czułam jak każda komórka przestaje być skrępowana adrenaliną, jak się rozluźnia jedna po drugiej, jak odzyskuję lekkość i kontrolę nad własnym ciałem, a poczucie gigantycznego kaca spowodowanego napięciem nerwowym i stresem mija..... w pierwszym momencie musiałam zacisnąć mocno zęby, żeby nie zawyć z intensywności bólu, przeczulica skórna była tak ogromna, że moje własne ubranie było ciężkie jak dwu tonowy hipopotam i paliło mi skórę żywym ogniem, a mięśnie jeden po drugim rozkurczały się sprawiając wrażenie, że rozerwą mi nogawki spodni, bluzkę wszystko co mam na sobie, miałam wrażenie, że puchnę w oczach..... nie trwało to długo, mniej więcej 20minut zanim wszystko wróciło do normy, na szczęście umiejętność utrzymania miarowego oddechu pomogła i co najważniejsze, przez lata całe nauczyłam się nie panikować kiedy to się dzieje, a rozumieć całe to zjawisko i zabrzmi absurdalnie, cieszyć się nim, bo świadomość że to nic strasznego, a zapowiedź długotrwałej ulgi i rozluźnienia jest chyba największym szczęsciem jakie może człowieka spotkać.....
a później już nic nie miało znaczenia, ani to że droga długa, ani to że ponad 16 godzin, najważniejsze było, że to wszystko już za mną i jadę do domu, że jestem tu i teraz.....
jedyną pozytywną rzeczą, która mnie tam spotkała i z której jestem dumna to fakt, że po raz kolejny zdałam się na mój instynkt kulinarny i ze zwykłej dyni stworzyłam kulinarne dzieło o nazwie zupa dyniowa..... i żeby była jasność, to była moja pierwsza zupa dyniowa, którą gotowałam, bo jeść jadłam dość często różne jej wersje, ale gotować nie gotowałam..... przejrzałam może dwa przepisy na ową i jakoś mnie nie zachęciły by je wypróbować, więc odrzuciłam wszystkie podtykane pod nos rady idealnych pań domu, weszłam do kuchni, wzięłam głębszy oddech, zamknęłam oczy i próbowałam w myślach skomponować smak, taki który mnie zachwyci..... jeśli myślicie, że to łatwe, zróbcie sobie eksperyment, zawiążcie oczy i poproście kogoś, żeby na chybił trafił podał wam do powąchania i spróbowania przyprawy i inne produkty, które widzieliście setki razy, znacie ich smak i wiecie co to, spróbujcie rozpoznać je "bez oczu", gwarantuję wam, że wynik was mocno zaskoczy i zadziwi momentami to, jak mało wiecie o swoich własnych zmysłach..... na moje szczęście,albo nie-szczęście, mam taką zdolność od dziecka, że nawet nie próbując wiem co i jak smakuje, co do czego pasuje i co z czym będzie współgrało smakowo w większości przypadków, więc akurat stworzenie idealnej zupy dyniowej dla mnie nie było rzeczą arcytrudną ( Leśna coś o tym wie, bo do dzisiaj ma ślinotok na wspomnienie suma w sosie jogurtowym, a ja się ślinię na wspomnienie piersi z kaczki faszerowanej mandarynkami i jabłkiem, zapiekanej w plastrach wędzonego boczku;)
ten jeden jedyny raz, będąc tam miałam frajdę i prawdziwą radość, (chociaż była to radość w ogromnym stresie i napięciu, bo w międzyczasie gotowania, moja podopieczna mi uciekła z domu) a uczucie kiedy po całym tym kuchennym pierdolniku ( bo nie czarujmy się, rozgotowana dynia sama wychodzi z garnka kiedy tylko się odkryje pokrywkę) niemal z namaszczeniem poczułam pierwszy smak mego w pełni ukończonego dzieła na języku, kiedy wyraźnie poczułam wszystkie smaki użytych produktów osobno w całej tej kompozycji, a jednocześnie wszystkie razem się idealnie uzupełniające, to aż mi poleciały łzy..... to był chyba ten moment, który pozwolił mi przeżyć ten dzień do końca, a powiem tylko tyle, że wieczorem miałam szczerą ochotę zabić człowieka.....
a teraz siedzę w moim zaciszu, zaplatana w puchaty szlafrok, z kubkiem kawy i jeszcze nie myslę o tym co dalej..... odpoczywam, składam refleksje z faktów zaistniałych u ludzi dla mnie najważniejszych w czasie mojej nieobecności, czytam Was i wyciągam najróżniejsze wnioski i..... cieszę się, że jakiś czas temu postanowiłam sobie kilka rzeczy, że nie tylko słyszałam, ale i słuchałam, nie tylko rozmawiałam, ale i wiedziałam o czym mówię..... dzisiaj mam kolejne potwierdzenie na to, że to co mówiłam i robiłam,miało sens i jeśli ktoś nie potrafi i nie chce słuchać, a woli tylko interpretować nie czerpiąc, to ja nie widzę dalszego sensu dzielenia się czymkolwiek.....
.....w obrazku,kolejna moja muzyczna perełka.....
P.S. Rudzielcu to Ci się na pewno spodoba! :)

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nigdzie nie może być normalnie. I nigdy, przenigdy nie będzie współpracy pomiędzy rodziną, a opiekunem, pielęgniarki też dołożą swoje,że już nie wspomnę o samym podopiecznym. Demencja to straszna choroba, ale najgorsze są chyba wymagania rodziny, która sceduje odpowiedzialność za bliską osobę innym i tym samym umywa ręce. Cierpliwość ludzka ma swoje granice, a rozciąganie jej jak gumy nie może trwać bez końca, za to głupota i beztroska innych nie ma końca. Pozdarwiam cieplutko... hmm... nie ma jak w domku prawda?
OdpowiedzUsuńno ba!
Usuńno co ja ci powiem;P;P;P temat już obgadałyśmy;p
OdpowiedzUsuńale dyniową to bym zjadła. perełkę se puszcze jak skończy się audycja;))))))))))))
jak będziesz grzeczna to ci rzucę przepis ;)
Usuńboże ten kawałek jest słodki.;)))))))) zakochałam się normalnie;)))))))))
Usuńgrzeczna......hm...nie wiem czy kiedy będę bo nawet jak usiłuję udawać że jestem to i tak nie wychodzi;))))))))))))))))
ten filn oglądałam kiedyś. z tego co pamiętam ona miała raka. i umarła na koniec.
Usuń... :)
OdpowiedzUsuńZ przyjemnością obejrzałam teledysk i wysłuchałam muzyki.
OdpowiedzUsuńTak wyobrażam sobie Ciebie, bo tu dziewczyna też jest w podróży, a czy któryś z panów kierowców też był podobny do aktora?
Cieszę się, ze wydostałaś się z tej matni!!! Znam co to demencja. Aż boję się myśleć o starości!!!
Zupę dyniową spróbuję ugotować, czuję już jej zapach, smak! Pycha! Często tez gotowałam dynię na słodko w lekkim occie, też tym się kiedyś zajadałam.
Czy Ty nie możesz poprosić o pracę z kimś młodszym? Np. niepełnosprawnym? Przecież oni Cię tam wykończą!
Pozdrawiam serdecznie. B.
Zupa dyniowa to mój smak dzieciństwa spędzonego na jesieni u dziadków w liczbie niezliczonych razów. A szkielet to pewnie się przyda na Halloween, które już niedługo będzie przecież, prawda. Pożyczam zatem mnóstwo cukierków, ale za to mało psikusów:) Pzdr.
OdpowiedzUsuńCzasami i zupa dyniowa może być odskocznią od ponurych myśli i ucieszyć smakiem ,kolorem i zapachem.Przyznam się ,że nigdy jej nie jadłam ,dynia jakoś mi "nie leży"
OdpowiedzUsuńDo takiej pracy jak tam na obczyżnie Twoja to chyba trzeba mieć wrażliwość słonia.Ale pewnie i tutaj nielepej.